Call of Juarez: Więzy Krwi - recenzja
Gra Oprócz Wiedźmina, to tak naprawdę Polska nie ma zbyt wielu tytułów, którymi mogłaby się pochwalić na świecie. Jest jeszcze Painkiller i mało komu znana strategia Earth21XX (w XX można wstawiać kolejne daty odpowiadające kolejnym częściom) krakowskiego Reality Pump. Oczywiście na pececie. Na konsolach mieliśmy tak naprawdę tylko pierwszą część Call of Juarez, słabo przyjęte Two Worlds i Painkillera na poprzednim Xboxie. Na szczęście Techland zarobił na pierwszym CoJ (oraz na masie innych projektów którymi zajmuje się firma) dość, żeby móc rozpocząć prace nad kontynuacją. Potem znalazł światowego wydawcę tytułu w wersji konsolowej (jest to oczywiście Ubisoft) co zdecydowanie ułatwiło prace nad Bound In Blood. Efekt jest oszałamiający. Kierujemy tu poczynaniami braci Raya i Thomasa Mc Call. Tego pierwszego znamy oczywiście z poprzedniej części, ale tamten Ray w niczym nie przypominał narwanego zbója, jakim jest w prequelu. Bo warto zaznaczyć, że nowy CoJ dzieje się na długo przed jedynką, rozpoczynając się w trakcie wojny secesyjnej, a kończąc kilka lat później, w dość gwałtownych okolicznościach.