Zawsze na święta nostalgia bierze mnie za wszarz i wyrzuca jakieś dziesięć lat wstecz. W tym roku znowu spotkałem się z Tonym, Bamem i kilkoma innymi świrusami. W zasadzie nie chciałem tego robić. Sami mnie porwali. Od początku fabuła jest uroczo durna i naciągana, co krok spotyka się reklamy, odczuwając wrażenie, że połowa tekstur (w zaskakująco niskiej rozdzielczości nawet jak na 2004 rok) składa się na product placement, a system kolizji ma tyle błędów, ile Margera blizn na tyłku. Uff. Zarzuty mam z głowy. Z przyjemnością oznajmiam, że Tony Hawk Underground 2 ciągle jest grywalne, całkiem zabawne i daje masę frajdy! Break on through to the other side. Pomijam część treningową (pamięć mięśniowa) i rozpoczynam demolkę w Bostonie od wysadzenia składów herbaty (tak, beczki wpadają do wody), jadę spotkać jednego z założycieli Stanów Zjednoczonych, potem wpadam w nieco zawiłe combo, które oczywiście marnuję. Stop. Co ja tu właściwie robię...? Menu->View Goals. Neversoft zrobił listę swoich najlepszych pomysłów do zrealizowania i na niej opiera się cała kampania posiadająca charakter konkursu między dwoma drużynami skaterów (przynajmniej 80% na najwyższym poziomie trudności by przejść do następnej lokacji). Bardzo przydatna sprawa dla perfekcjonistów, ale osoby mniej ambitne mogą być przybite wszystkimi zadaniami. Przyznaję, że miałem moment zwątpienia po próbie rozwiązania jednego z ostatnich wyzwań tego obszaru. Wtedy zrozumiałem (ekhm, po 10 latach od pierwszego ukończenia gry), że to tak naprawdę gra logiczna, wymagająca także sporo zręczności. W moim przypadku była to kwestia przypomnienia. O ile pamiętałem Boston, Barcelonę (byki, Parc Guell) i Berlin (piwo, jakiś mur) to na drugim końcu świata napotkały mnie problemy. Powiedzmy, że przez Australię (oczywiście, że nikt normalny nie kojarzy miast jakiejś tam Austrii) zawsze przepływałem bez większych zachwytów nad ułożeniem przeszkód. Nie przedłużając, to po prostu najbiedniejszy obszar THUG’a 2.