„O, jaka fajna bajka dla dzieci” - Czerwony Żółw
Od Królewny Śnieżki, przez Toy Story i Shreka, aż do nadchodzącego Coco – za sprawą bardzo popularnych tworów Disneya i Dreamworks przywykłem do animacji, które są medium dla młodszych odbiorców. Dlatego obecność nominowanego do Oscara „Czerwonego Żółwia” w polskich kinach (nawet nielicznych) jest dla mnie zaskoczeniem, bo chociaż oglądałem „Koralinę i tajemnicze drzwi”, słyszałem o tegorocznym „Nazywam się Cukinia”, to myślę, że w całej Europie gatunek animacji dla dorosłych jest kojarzony głównie z Timem Burtonem lub – co gorsza – z „Sausage Party”. Francusko-japoński „La tortue rouge” różni się od wyżej wymienionych brakiem wylewających się z ekranu poważnych tematów, brudnej stylistyki czy wulgarności. Omawiany film to w zasadzie baśń i ma strukturę podobną do wiersza czy piosenki – z wierzchu jest całkiem uniwersalną opowieścią o jakimś rozbitku, na jakiejś wyspie, pośród jakichś wód. Osobliwie ubarwiony żółw, jako część naturalnej flory na tym lądzie, wydaje się przeszkadzać w każdej próbie ucieczki mężczyzny do cywilizacji. Tutaj zakończę ten marny wstęp, ponieważ zdradzenie ważnego zwrotu fabularnego może odebrać cenne chwile wprowadzania odbiorcy w stan zaintrygowania. I od razu mała dygresja – ku mojemu zaskoczeniu, znacząco spłycono aspekt przetrwania, a to z powodu skupienia akcji filmu na powodach dla których mężczyzna znalazł się na wyspie.