blogi (strona 20 z 50)

Tygiel kultur – Bayonetta PC
2

Tygiel kultur – Bayonetta PC

Włochy (albo Hiszpania*). Do amerykańskiego baru stylizowanego na lata ‘50 wchodzą: Quentin Tarantino, Dante Alghieri i Salvador Dali. Przy panujących w lokalu odgłosach odwiecznego sporu między aniołami i demonami, wrócili do rozmowy traktującej o wadze przyjaźni na przestrzeni lat. Zupełnie przypadkowo za plecami Quentina znalazł się reżyser pierwszego Devil May Cry, do tej pory wsłuchujący się w swoją ulubioną jazzową playlistę zgraną na PSP (konsola w limitowanej obudowie, uderzająco podobna do tej z Neo Geo Pocket). Usłyszał całą rozmowę. Tak oto Hideki Kamiya wpadł na pomysł stworzenia najbardziej zwariowanego slashera branży, w ogóle. Nawet nie próbuj dyskutować, czytelniku. Quentin wszystko mi opowiedział. A że SEGA zaczęła wydawać porty swoich kultowych już tytułów na PC, nadeszła świetna okazja do sprawdzenia czym posiadacze konsol zachwycali się już 8 lat temu. *- a może Francja? Ubrana była w czerń i biel. Tytułową bohaterką gry jest wiedźma, o praktycznie niespotykanym wizerunku. Rozbudowane ego, długie nogi, smukła sylwetka i niemały biust, a do podkreślenia tychże „walorów” wyznaczono obcisły strój z kruczoczarnych włosów, które, oprócz tej odzieży, pełnią funkcję swoistej różdżki – magicznego ośrodka mocy. Jeszcze dodające powagi czarne okulary i nie da się porównać jej osoby do kogokolwiek i czegokolwiek.
„O, jaka fajna bajka dla dzieci” - Czerwony Żółw

„O, jaka fajna bajka dla dzieci” - Czerwony Żółw

Od Królewny Śnieżki, przez Toy Story i Shreka, aż do nadchodzącego Coco – za sprawą bardzo popularnych tworów Disneya i Dreamworks przywykłem do animacji, które są medium dla młodszych odbiorców. Dlatego obecność nominowanego do Oscara „Czerwonego Żółwia” w polskich kinach (nawet nielicznych) jest dla mnie zaskoczeniem, bo chociaż oglądałem „Koralinę i tajemnicze drzwi”, słyszałem o tegorocznym „Nazywam się Cukinia”, to myślę, że w całej Europie gatunek animacji dla dorosłych jest kojarzony głównie z Timem Burtonem lub – co gorsza – z „Sausage Party”. Francusko-japoński „La tortue rouge” różni się od wyżej wymienionych brakiem wylewających się z ekranu poważnych tematów, brudnej stylistyki czy wulgarności. Omawiany film to w zasadzie baśń i ma strukturę podobną do wiersza czy piosenki – z wierzchu jest całkiem uniwersalną opowieścią o jakimś rozbitku, na jakiejś wyspie, pośród jakichś wód. Osobliwie ubarwiony żółw, jako część naturalnej flory na tym lądzie, wydaje się przeszkadzać w każdej próbie ucieczki mężczyzny do cywilizacji. Tutaj zakończę ten marny wstęp, ponieważ zdradzenie ważnego zwrotu fabularnego może odebrać cenne chwile wprowadzania odbiorcy w stan zaintrygowania. I od razu mała dygresja – ku mojemu zaskoczeniu, znacząco spłycono aspekt przetrwania, a to z powodu skupienia akcji filmu na powodach dla których mężczyzna znalazł się na wyspie.