Blaszana szopka: Małe podsumowanie

Blaszana szopka: Małe podsumowanie
23.12.2009 20:27
Blaszana szopka: Małe podsumowanie
marcindmjqtx
marcindmjqtx

Nadszedł koniec kolejnego najlepszego roku w historii gier. Mieliśmy w nim okazję zagrać w parę tytułów absolutnie wyjątkowych, które każą mi wierzyć, że pogłoski o śmierci dobrych gier są mocno przesadzone. Zresztą podobnie jak te mówiące o zejściu PC gamingu i prasy growej (wiem, że nie ma takiego przymiotnika, ale i tak będę go używał).

Owszem, sprzedaż nie była może tak wysoka jak rok wcześniej, ale z drugiej strony takie Modern Warfare 2 pobiło wszelkie rekordy, miażdżąc konkurencję w całej branży rozrywkowej. Prawie co miesiąc wychodziła jakaś super-gra, a druga połowa roku to istna kopalnia miazgi. Czas więc podsumować 2009, przy czym zaznaczam, że jest to mój całkowicie subiektywny ranking tytułów, które z tych czy innych powodów zapadły w mi w pamięć.  Podaje je w porządku mniej więcej chronologicznym.

Warhammer 40,000 : Dawn of War II

Kosmiczni Marines, RTS i Diablo połączeni w jedno. Firma Relic to jedni z największych specjalistów od strategii czasu rzeczywistego, więc spodziewałem się, że DoWII będzie genialny. I nie pomyliłem się. Ożenienie zasad RTSa z rozgrywką i zdobywaniem przedmiotów rodem z Diablo to genialny pomysł, który sprawił, że choć sterowałem zaledwie czterema małymi oddziałami, to bitwy były nie mniej epickie od tych, w których ścierały się tysiące jednostek (jak na przykład w wydanym w tym samym momencie Empire Total War). DoWII wyróżnia się niesamowitą dynamiką, a do tego jest cholernie ładny. Dla fana Warhammera 40k ma jeszcze wartość dodatkową - idealnie oddaje klimat gry i ponurego świata.  To jedna z najlepszych gier 2009 na pecety, więc jeśli ktoś przegapił, to zawsze warto do niego wrócić.

Oj namieszał ten Killzone, namieszał, stając się chyba najgorętszym zarzewiem wojenek fanbojowskich w historii. Killzone 2 zrobił na mnie wrażenie przede wszystkim niesamowitym ragdollem i perfekcyjnymi efektami cząsteczkowymi. W żadnej innej strzelaninie walka nie wygląda tak widowiskowo jak tu. Owszem - historia w KZ2 jest nieciekawa, a do tego opowiedziana w niezbyt efektowny sposób. Ale gra jest rewelacyjna, a do tego ma świetny komponent multiplayerowy, który trzyma przy niej wielką rzeszę ludzi, nawet teraz, prawie w rok po premierze. Mam cichą nadzieję, że Killzone 3 będzie taką rewolucją, jaką część druga miała być.

Jestem fanem super-bohaterów i sandboksów, więc na te dwa tytuły czekałem ze szczególną niecierpliwością. I nie zawiodłem się. InFamous to bardziej strzelanina, Prototype nawalanka, ale obie gry dają to, na czym mi zależało - poczucie bycia uber-sukinsynem w otwartym mieście. W końcu mogłem  bez problemu wskoczyć na budynek, albo wysadzić pół ulicy jednym wyładowaniem elektrycznym. Zarówno Cole jak i Alex to wyraziści bohaterowie, którzy nie pozostawiają gracza obojętnym, a do tego obaj dysponują zestawem najfajniejszych mocy, jakie można sobie wyobrazić. Ślizganie się po przewodach elektrycznych i szybowanie na poduszce elektrycznej, okazało się być równie jarające jak eksplodowanie setkami zabójczych macek i surfowanie na ciałach swoich ofiar. Jedno czego bym  chciał od obu tytułów, to nieco lepszego sandboksa. Ten  z InFamousa szedł w zdecydowanie dobrą stronę, ale był za prosty, z kolei ten prototypowy był trochę za chaotyczny i w niewystarczającym stopniu wpływał na rozgrywkę. Ale obie gry zdecydowanie warte są polecenia.

Jedno z zaskoczeń roku. Już po filmach wiadomo było, że nie będzie to śmieć, ale rzeczywistość przeszła oczekiwania. Idealna synteza bat-skradania, zabawy bat-gadżetami i bat-walki. Ten ostatni element jest moim zdaniem tak dobry, że zupełnie spokojnie można by na nim zbudować osobną grę. Batman okazał się być śliczny, dopracowany, a do tego prawdziwie batmański. Klimat komiksów i filmów podkreślał niesamowity Joker, który zdecydowanie zasłużył na nagrodę dla najlepszego męskiego 'aktora' w grze.  Jack Black w Brutal Legend był po prostu sobą. Mark Hammil stworzył kreację, która spokojnie może konkurować z tymi najsłynniejszymi Ledgera i Nicholsona.  Żałuję tylko, że gra nie miała nieco lepszego scenariusza - czytałem parę komiksów o Gacku i naprawdę można było z tego wykombinować nieco więcej, niż super-Jokera napakowanego Venomem. Z branżowego punktu widzenia Arkham Asylum zapisze się w mojej pamięci jako gra o najbardziej absurdalnych obostrzeniach narzucanych przez producenta.  Zakaz pisania o jakimś elemencie gry po premierze sklepowej? Bez jaj

Absolutnie i bezdyskusyjnie gra roku 2009. Piękna, dopracowana, z przezabawnym, dającym się lubić bohaterem i zestawem wyrazistych postaci drugoplanowych. Gdyby czwarty Indiana Jones miał w sobie 10% tego co pokazano w Uncharted 2, to byłby o 100% lepszym filmem. Tymczasem koronę króla poszukiwania skarbów przejął Drake i mało mnie obchodzi czy historia doktora Jonesa będzie jeszcze kiedyś kontynuowana. Bardziej interesuje mnie, gdzie los pogna Nathana. Przez swoją filmowość Uncharted 2 zaciera granicę pomiędzy gatunkami rozrywki, przybliżając branżę gier o jeden krok w kierunku mainstreamu. Zwykły, niegrający człowiek kupi tę historię, bo jest ona bardziej zjadliwa, niż opowieści o obcych, czy dramatycznie głupia wojna pomiędzy Rosją a USA.  Wszystkim, którzy narzekają, że w grze jest za dużo strzelania przypominam, że Uncharted zawsze był właśnie strzelaniną, więc równie dobrze mogą sobie ponarzekać na to, że w Modern Warfare 2 za często naciska się spust.

Kolejny agent śpioch, choć muszę powiedzieć, że osobiście spodziewałem się takiego sukcesu. Na konsolach brakowało gry, w której ora się przedmioty diablo-style, a połączenie jej z kooperacyjną strzelaniną FPS to po prostu przepis na pewien sukces. Jedyną niewiadomą pozostawała reakcja na premierę Modern Warfare 2, ale jak się okazuje, dobrym grom niewiele szkodzi. Borderlands jest dobrą grą i choć ma kilka znaczących wad (jak na przykład niemożność losowania łupów), to jednak oceany grywalności wypływające z gazyliona giwer i bazylionów oddanych z nich strzałów topią natychmiast każdy problem. Przejście na cel-shading okazało się marketingowym strzałem w dziesiątkę, natychmiast wyróżniając Borderlands spośród tłumu. Teraz pozostaje czekać na Borderworlds, czymkolwiek one nie będą.

Tu odniosę się głównie do pecetowej wersji, bo to w gruncie rzeczy bardzo pecetowa gra. Widok izometryczny zabrał mnie w nostalgiczną podróż w czasie i choć zdaję sobie sprawę, że Dragon Age jest bardziej podobny do singlowego World of Warcraft (toute proportion gardee) niż do Baldur's Gate, to jednak z tym drugim tytułem bardziej mi się kojarzy. Mimo zerżnięcia od wszystkich wszystkiego co tylko się dało i stworzenia bodaj najbardziej standardowego i nieoryginalnego świata fantasy (może za pominięciem homoseksualnych elfów i krasnoludów), Bioware stworzyło klasyczną grę 'magiczną', która trzyma człowieka przy klawiaturze w klasycznej pułapce  'jeszcze jednego poziomu i idę spać'. A ja, pamiętny mordęgi z losowo zbieranymi 'party' w WoWie, z radością zarządzałem każdym gestem mojego maintanka, healera i dmg-dealera.

Pomijając moją słabość do wszystkiego co zzombifikowane, nadal mam głębokie przekonanie, że Left 4 Dead to jedna z najbardziej rewolucyjnych strzelanin jakie ostatnio powstały. To w jaki sposób Valve ogarnęło temat kooperacji zasługuje na growego Nobla - każdy element rozgrywki jest podporządkowany tu współpracy. Left 4 Dead 2 to ulepszona, wypolerowana na wysoki połysk wersja pierwszej gry. I nie mówię tu o oprawie wizualnej, która na Xboxie miejscami mocno słabuje, ale o mechanice rozgrywki.  Nowinki są pozornie mało znaczące, ale w praktyce zmieniają one filozofię rozgrywki, usprawiedliwiając pełną cenę, w zaledwie rok od premiery. To nie jest tylko zestaw dodatkowych misji, to gra lepsza pod każdym względem. Ma lepiej zaprojektowane poziomy, ciekawszy zestaw broni, wredniejszych zombie i więcej trybów rozgrywki. Scavenge to genialna deathmatchowa rozrywka, a versus jest teraz znacznie sprawiedliwiej oceniany, więc poważne granie ma więcej sensu. Zombie kill of the year.

Ta gra ma dla mnie tylko jedną wadę i jest nią poziom trudności, czy raczej jego brak (dosłownie i w przenośni). Pomijając ten problem przygody Desmonda w skórze Ezio wywaliły mnie do zupełnie innego świata. Zanurzenie się w nim było tak całkowite, że nie przeszkadzał mi rwący się miejscami obraz, czy dość bezczelny pop-up. Dawno nie było gry, która tak poważnie podchodzi do gracza, każąc mu w takim stopniu inwestować swoją wiedzę i inteligencję. Gracz, który bez żadnych podpowiedzi chce odkryć ostatnie elementy The Truth, powinien, między innymi, doskonale posługiwać się sumeryjskim systemem liczbowym. Ubisoftowi udało się idealnie połączyć fikcję z rzeczywistością, tworząc bardzo przekonywujący obraz renesansowych Włoch. Mnie ta gra zmusiła do wgłębienia się nie tylko w notki biograficzne i informacje o budynkach, ale także do przypomnienia sobie burzliwej historii włoskich republik kupieckich z przełomu XVI i XVII wieku.  W Nowym Roku życzyłbym sobie tylko patcha, który zwiększa żenujący poziom trudności.

Rok 2010 zapowiada się niemniej ciekawie, od upływającego, a kończący się kryzys każe myśleć, że może być on najlepszy dla branży growej w historii. Miejmy nadzieję, że także w Polsce.

Tadeusz Zieliński

327138588503857194
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)