10 gier minionej generacji, których nigdy nie zapomnę [wybiera Tomasz Kutera]

10 gier minionej generacji, których nigdy nie zapomnę [wybiera Tomasz Kutera]26.12.2014 10:04
10 gier minionej generacji, których nigdy nie zapomnę [wybiera Tomasz Kutera]
marcindmjqtx

10 najlepszych? Eee, na pewno znowu chcecie czytać o Red Dead Redemption, BioShocku i Uncharted 2? Chodźcie, opowiem Wam o dziesięciu dobrych grach. Tylko albo aż.

Nie, to nie będzie uszeregowana lista. To nie będzie też próba wybrania najlepszych gier. Gdybym miał do dyspozycji co najmniej pięćdziesiąt pozycji, mógłbym to zrobić, ale skoro forma zakłada jedynie dziesięć tytułów, to nie śmiem próbować. Zbyt wiele musiałbym pominąć. Pozwólcie więc, że opowiem Wam o kilku znakomitych tytułach z poprzedniej generacji - czasami ważnych, czasami po prostu wyśmienitych, czasami wyjątkowych z innego powodu. Kolejność (raczej) przypadkowa.

Portal

Portal No dobrze, ale gdybym miał wybrać nie dziesięć, ale tylko jedną grę, to kto wie, może byłby to właśnie Portal. Ten pierwszy, bo choć drugi również jest świetny, to mimo wszystko bazuje na podstawach stworzonych wcześniej.

Z perspektywy czasu łatwo zapomnieć, jakim szokiem był ten tytuł. Takiego hitu nie spodziewał się absolutnie nikt, samo wielkie Valve chyba nie do końca wiedziało, co ma w rękach. Portal był przecież tylko częścią zestawu The Orange Box, w skład którego wchodziły także Team Fortress 2 i Half-Life 2 wraz z dodatkowymi epizodami. Nikt nie sądził, że stanie się produkcją nawet nie tyle wysoko cenioną, co po prostu kultową.

Dzieło Valve oferowało rewolucyjny, bo oparty na fizyce i niebanalnym pomyśle sposób na zabawę. Widok z oczu bohatera również był zaskakujący - teraz tego typu gier logicznych jest sporo, ale wtedy była to zupełna nowość. I szok - że to naprawdą działa! A to przecież dalece nie wszystko, bo Portal pełen jest także wyjątkowego, czarnego poczucia humoru i zapadających w pamięć motywów czy postaci - nawet jeśli tymi "postaciami" są zaledwie nieme sześciany czy wieżyczki obronne. Bo o Niej nie muszę chyba wspominać, prawda? GLaDOS, nadopiekuńcza matka, narratorka i bezlitosna sztuczna inteligencja w jednym to silnik napędzajacy całą te fascynującą, dogłębnie przemyślaną i jednocześnie niezwykle zwartą historię. Nie, serio, to najlepsza gra generacji, teraz nie mam już co do tego żadnych wątpliwości.

Batman: Arkham Asylum

Batman: Arkham Asylum A gdybym tak miał też wybrać grę na miejscu drugim... Nieee, nie będę próbował.

Tak, Arkham City było świetne, ale na moje już za duże, z tym swoim ogromnym, otwartym miastem. Origins pomijam, bo to inni twórcy, a poza tym wiadomo. To Asylum cenię najbardziej, w dużej mierze za konsekwencję i zwartość. To nie jest produkcja z otwartym światem w stylu Assassin's Creed, to raczej metroidvania z centralnym hubem, gdzie kolejne gadżety dają dostęp do wcześniej zamkniętych przejść. Czy wspominałem już kiedyś, że metroidvanie to być może najlepsze gry świata? Nie? To wspominam.

Arkham Asylum to niezwykle samoświadoma gra. Wie, czym jest i jest w tym szalenie dobra. Nie ma tu niepotrzebnych znajdziek czy rozwadniających całość, nieciekawych, powtarzalnych misji pobocznych (pozdrawiam Ubisoft). Jest konkretna, mięsista Przygoda (tak, przez duże P), w której naprawdę można sie poczuć jak Batman. Tryb detektywistyczny był w tamtym czasie czymś zupełnie nowym, podobnie jak prosty, ale niezwykle satysfakcjonujący system walki (który do dziś wszyscy kopiują). Ale najlepsze - i ciągle niepodrobione przez nikogo - są te fragmenty, gdy przemyka się nad głowami zbirów, zastawiając na nich pułapki i zawieszając ich pod gotyckimi gargulcami. Bez przesady, to żadna poezja, to bardzo porządnie napisany komiks, ale taki z gatunku tych najlepszych, do których wraca się latami. Tylko? Aż!

Assassin's Creed 2

Assassin's Creed II/Brotherhood/Revelations Skoro już wywołałem wilka z lasu... Assassin's Creed to jedna z niewielu tak długich serii, którą znam praktycznie na wylot - grałem we wszystkie części prócz tegorocznego Rogue (mam na liście "do nadrobienia"). Przebiłem się nawet przez tragicznie złe Bloodlines na PSP. I gram w nią od wielu lat, bo odsłoną numer jeden fascynowałem się już na etapie pierwszych zapowiedzi. Tak, kupiłem ją praktycznie w dniu premiery. I tak, żałowałem, bo była, cóż, średnia. Delikatnie mówiąc.

Zwlekałem z zagraniem w "dwójkę", bo jakoś nie dowierzałem pozytywnym recenzjom. Nie chciałem się znowu naciąć. Niepotrzebnie. Okazało się, że Ubisoftowi jednak się udało. Część druga, Brotherhood i w sumie także Revelations to skończona, trochę rozwleczona, ale jednak konsekwentna opowieść o superbohaterze czasu renesansu. Ezio ma swojego szalonego naukowca, który dostarcza mu kolejne gadżety, ma sekretną tożsamość i ma przeciwników, o których jasno można powiedzieć, że tak, wredne z nich szuje. Niby niejednoznaczność podziału Asasyni-Templariusze, jaką Ubisoft akcentuje w ostatnich odsłonach serii, też ma swoją wartość, ale ja tęsknię trochę za czasami, gdy wszystko było prostsze i bardziej oczywiste.

Prince of Persia

Prince of Persia Oj, wiem, co sobie myślicie, wy, antyfani tej przecudnej perły. A kysz!

Postawmy sprawę jasnę: uwielbiałem "piaskową" trylogię Prince of Persia. Każdą z części przeszedłem dwa razy, na początku po prostu poznając historię, potem odnajdując każdą znajdźkę i każdy sekret. Byłem zauroczony oniricznym klimatem Sands of Time, a jego zakończenie mnie wzruszało. Posępność Warrior Within wcale mi nie przeszkadzała - drżałem przed Dahaką, kochałem się w wirtualnej Monice Bellucci, a genielnie rozbudowany system walki miałem opanowany do perfekcji. The Two Thrones było zaś jak idealne podsumowanie obu części, gdzie ich kontrastowość wykorzystano tak pod względem fabularnym, jak i rozgrywkowym. UWIELBIAM tę serię.

Jest rok 2008, wychodzi kolejna odsłona. Ma oprawę stylizowaną na kreskówkę, walczy się w niej tylko z jednym przeciwnikiem naraz, skakanie po platformach też jest uproszczone, a Książę nie jest nawet księciem. I zginąć nie można! Świętokradztwo?

Bzdura. To romatyczna opowieść miłosna, jakby żywcem wyjęta z "Księgi tysiąca i jednej nocy". Opowieść o dwójce ludzi, których napędzany początkowo niechęcią flirt przeradza się w coś o wiele poważniejszego. Byłoby prościej, gdyby nie musieli w tym samym czasie zatrzymać złego boga przed skażeniem całego świata, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Niektórzy płaczą na "Titanicu", ja płaczę na zakończeniu Prince of Persia. Dwa razy, bo wiecie, mrug, mrug. Bo graliście, prawda?

Vanquish

Vanquish Perełka od Platinum Games, moim zdaniem mocno niedoceniana. Że miała wysokie oceny? No miała, ale zasługiwała na jeszcze wyższe. A czy ktoś pamięta o niej dzisiaj? Widzieliście ją na listach najlepszych gier generacji?

Może ja jestem prosty chłopak, ale Vanquish najbardziej kojarzy mi się z Contrą. Tą pierwszą, z NES-a. Czy jest tu jakaś fabuła? Nie wiem, nigdy nie dociekałem. Włączam i oczekuję strzelania do nieprzerwanych fal przeciwników. To strzelanie doprawione jest kilkoma unikatowymi pomysłami, ale generalnie chodzi o to żeby NAWALAĆ DO WROGÓW. I unikać ich pocisków. Setek, tysięcy, milionów pocisków. Czasami żałuję, że ostatnią generację opanowało powolne, NUDNE chowanie się za osłonami, a nie ekstremalne szaleństwo rodem z Vanquish.

Brütal Legend

Brütal Legend Gra w wielu miejscach nawet nie tyle niedorobiona, co nieprzemyślana. Jej pierwsze minuty zwiastują slasher i gdyby tak było już do końca, byłoby cudownie. Niestety, twórcy ubzdurali sobie wariację na temat RTS-a. Po co, nie wiem, ale o ile da się - tak, da się - zrobić dobrą strategię przystosowaną do pada, o tyle Double Fine nie opanowało tej sztuki. Brütal Legend zawodzi w najbardziej podstawowej kwestii - rdzeń rozgrywki ssie.

Tylko... co z tego? Jeśli słuchaliście kiedyś metalu albo ciągle go słuchacie, ta gra powinna być w pierwszej dziesiątce Waszej listy ulubionych produkcji. Otoczenie to okładki albumów przeniesione do wirtualnego świata. W głównych rolach występują takie tuzy jak Rob Halford, Lemmy Kilmister czy Ozzy Osbourne. Ścieżka dźwiękowa to ponad sto klasyków gatunku (w zasadzie nawet kilku gatunków). To jeden wielki tribute, w którym z wrogami walczy się nie tylko toporem, ale także gitarowymi solówkami. Ma przy tym do siebie i do metalu ogromny dystans, będąc naprawdę zabawną, pozytywną historią o miłości i przyjaźni. No, gra się średnio. I?

Fallout New Vegas

Fallout: New Vegas Wyjaśnijmy sobie - nie trawię Fallouta 3. Mówię to ja, hardkorowy fan pierwszych dwóch części. Bethesda powinna zbankrutować, umrzeć w męczarniach za profanację dzieła, jakim ta seria niewątpliwie była. Twórcy pracujący nad trzecią częścią nie zrozumieli NIC z tego, co ważne było w Falloutach, stworzyli grę beznadziejną, zupełnie pozbawioną klimatu serii, nudną i fatalną pod względem rozgrywki.

Od dawna chciałem powiedzieć to publicznie - dziękuję, że byliście ze mną.

New Vegas to zupełnie inna historia. Seria wróciła do ludzi, którzy wiedzieli, o co w niej chodzi, wróciła na dziki, postapokaliptyczny zachód, a razem z tym powrotem wróciły także wszystkie moje wspomnienia dotyczące pierwszych dwóch części i zarywanych nad nimi nocy. To niesamowite, jak, korzystając z tak ograniczonego silnika, twórcom New Vegas udało się wykreować wrażenie, jakoby Pustkowia faktycznie były ogromne i, cóż, puste. Sama rozgrywka to nadal przedziwny, moim zdaniem nie za bardzo udany miks FPS-a z turowym RPG-iem, ale wszystko wynagradza atmosfera i wielowątkowa fabuła, pełna nietuzinkowych postaci, dwuznaczności moralnych, trudnych wyborów i fantastycznego poczucia humoru, którego twórcy z Bethesdy TAK BARDZO nie załapali. W mojej głowie ta rozgrywająca się w Waszyngtonie profanacja nigdy się nie wydarzyła. Jedyną kontynuacją F2 jest New Vegas.

XCOM: Enemy Unknown

XCOM: Enemy Unknown Nie wiemy dokładnie, jak to z tym Enemy Unknown było, ale wszystko wskazuje na to, że początkowo wydawca chciał ożywić starą markę, robiąc z niej tylko strzelankę. Fani się wkurzyli, reakcje mediów też były średnie. Czy właśnie to sprawiło, że rozpoczęły się prace nad produkcją Firaxis? Nie wiemy tego, ale wizja wielkiego wydawcy uginającego się pod presją graczy ma w sobie coś kuszącego, czyż nie? Może tak właśnie było. A ta strzelanka w końcu i tak wyszła. Była słaba.

Enemy Unknown to gra bezlitosna. Na wyższych poziomach trudności jest koszmarnie wręcz trudna, nie wybacza najmniejszych nawet błędów i zmusza do planowania na kilkanaście - jeśli nie kilkadziesiąt - posunięć do przodu. A przy okazji jest strategią bardzo minimalistyczną, w której zmiennych wcale nie ma tak wiele, jak początkowo się wydaje. Kojarzy mi się z najlepszymi grami planszowymi, w których mechanizmów do opanowania nie ma może porażająco dużo, ale każdy najmniejszy detal wymaga głębokiego przemyślenia.

Kto nie zaklął, gdy bezpowrotnie zginął jego najlepszy żołnierz, ten nie zna prawdziwego życia.

Super Meat Boy

Super Meat Boy Na koniec zostawiłem sobie dwie produkcje niezależne. Mógłbym wymienić ich dużo więcej, bo czasy siódmej generacji to czasy powstania i niezwykłego rozrostu sceny indie gier, ale chciałem, by lista była możliwie jak najbardziej eklektyczna. Na początek więc - chłopak z mięsa.

Dzisiaj platformówki 2D kwituje się często rzuconym "O nie, znowu...", ale jeszcze pare lat temu nie było ich tak wiele. Podobnie jest z minimalistyczną oprawą graficzną. Śmiem twierdzić, że za popularnością obu tych rzeczy w dużej mierze stoi właśnie Super Meat Boy. Gra, która jest nieustającym wyzwaniem, gra niesłychanie szybka i porażająco trudna, ale przy tym sprawiedliwa. Jeden z najlepszych zręcznościowych platformerów nie tyle w historii siódmej generacji, co w historii gier. Kto wie, może nawet najlepszy.

Nie, nigdy nie dałem rady przejść. A Wy?

Braid

Braid Dzieło.

Gdy idzie o zagadki logiczne, lepiej być nie może. Te tutaj to prawdziwie łamacze mózgów, nad którymi spędza się godziny. A gdy już uda się wpaść na rozwiązanie, nie pozostaje nic innego, jak strzelić się w czoło z okrzykiem "No przecież to oczywiste!"

Gdy idzie o opowiadanie osobistych historii, Braid także jest niedoścignionym wzorem. Wykorzystuje do tego język gier - rozgrywkę - a kto nie oniemiał podczas zakończenia, gdy wszystko stało się jasne, ten... Ten, nie wiem, jest naprawdę dziwny. Ale zaraz, zaraz, czy to była historia o miłości, czy o... bombie atomowej?

Braid to jedna z tych niewielu gier, której przyznałbym najwyższą ocenę w nawet tysiącstopniowej skali. Panie Blow, zlituj się Pan wreszcie i daj Pan to The Witness!

Tomasz Kutera

326823248415971370
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)