Zeldzie stuknęła trzydziestka. Ależ ten czas leci!

Strona głównaZeldzie stuknęła trzydziestka. Ależ ten czas leci!
26.02.2016 13:03
Zeldzie stuknęła trzydziestka. Ależ ten czas leci!
Maciej Kowalik
Maciej Kowalik

Nawet niedzielni fani przygotowywali się na tę rocznicę mimowolnie, łykając trzy pyszne kotleciki - Wind Waker HD, Majora's Mask 3D i zerkające zza winkla Twilight Princess HD. Triforce Heroes z kolei bardzo zmyślnie manipulowało myślami wokół liczby 3, więc akademicka analiza jej zbieżności z tą rocznicą mogłaby się obronić.

A jednak trudno mi przymknąć oko na niedbalstwo Nintendo. Gdy w zeszłym roku urodziny obchodził brzuchaty hydraulik, impreza zdawała się jakby huczniejsza. Wspomnijmy chociaż rewelacyjne materiały promocyjne Super Mario Maker, oddające hołd całej historii serii, lub same Mario Maker. To nie gra przecież, to podsumowanie ideologii Mario. Bardzo zgrabne w roli łącznika między tymi, co grali lata temu, a tymi, którzy grają od niedawna i tworzą w głowie archetyp gatunku. Wiecie już, do czego piję, prawda? Świeczki na torcie zapalimy sobie przed odrestaurowanym Twilight Princess, a nie - jak podpowiadałoby serce - tą nową Zeldą, dla której wielu kupiło Wii U.Ale czasem trzeba przełknąć łyżkę dziegciu. Popatrzmy na Metroida dla porównania. Czy Federation Force w jakikolwiek sposób odwdzięczy się serii za trzydzieści lat przełomowych tytułów? Bardzo wątpliwe, to Metroid na siłę, niemający nic wspólnego z całym kultem. Taki kontekst udowadnia, że The Legend of Zelda "zasłużyła sobie" na wiele więcej.Jej zagmatwana natura zawsze spychała ją na dalszy plan, ale zapytajcie któregokolwiek nintendofila, bez jakiej marki nie poradziłby sobie na bezludnej wyspie. On, jednostka grająca, nie bezkształtna masa żywiąca się popkulturą. Podpowiedź: to nie byłby Mario.

Zelda przez swoje niekrótkie życie rozrosła się w jeden z, jeśli nie najlepiej oceniany taśmociąg gier konsolowych. Miała dziwne momenty, to oczywiste, jak czarną owieczkę w postaci The Adventure of Link. Rzecz frustrującą, zaszyfrowaną na siłę, zbyt eksperymentalną. Miała także momenty, o których wolałaby zapomnieć, czyli produkcje na Philips CD-i. Jeżeli nie mieliście nigdy okazji, polecam zapoznać się z nimi za pośrednictwem Youtube'a - ubaw po pachy. Miała ponadto paszkwilową animację telewizyjną, dzięki której zrozumieliśmy, dlaczego Link na wieczność pozostał niemową. Mrocznych momentów na osi czasu było zaskakująco sporo.Ale poziom tych prawdziwie wyjątkowych odsłon Legend of Zelda skutecznie zatarł wszelkie szare ślady. Zwłaszcza że było ich co najmniej kilka. Zauważmy - każdy pełnoprawny sprzęt Nintendo ma swoją unikalną Zeldę, niektóre nawet po dwie. I te tytuły zawsze zajmują zaszczytne miejsca we wszelakich podsumowaniach najważniejszych z tych najlepszych. To dla nich wielu inwestuje w retrosprzęty i wydaje bajońskie sumy na serwisach aukcyjnych. Niżej podpisany również. Nie istnieje prawdopodobnie seria, dla której zrobiłbym więcej.Co jest zresztą szalenie ciekawe w przypadku cyklu, którego schematyczność bez problemu porównalibyśmy z wieloma rokrocznymi przebojami obecnych czasów. Kwestia nota bene często pomijana przez krytyków. Oni po prostu następnej wizyty w Hyrule wyczekują zbyt mocno, by wytknąć jej potem typową dla Nintendo niechęć w odcinaniu się od korzeni. Pomijając podobieństwa fabularne, te gry naprawdę bywają swoimi własnymi kalkami.Stwórzmy sobie kolejne przygody Linka! Czego potrzebujemy? 1. Kilku/kilkunastu rozbudowanych dungeonów, w których podstawową zasadą jest odnalezienie nowego przedmiotu, bo bez jego pomocy nie sposób rozwiązać zagadki prowadzącej do bossa. 2. Instrumentu służącego kolejnym zagadkom i odgrzewaniu sentymentalnych melodii. 3. Mechaniki binarnej towarzyszącej całej grze: wilk/człowiek w Twilight Princess, przeszłość/przyszłość w A Link to the Past, młodość/dojrzałość w Ocarinie. 4. Przemawiającego za gracza oraz do gracza nieludzkiego przewodnika, wróżki, czapki, bożka. Zazwyczaj okropnie irytującego. 5. Bomb, miecza i łuku. Wiedzieliście, że oryginalne The Legend of Zelda można przejść za pomocą samych bomb? 6. Palety barwnych postaci pobocznych. Warto tutaj wstawić klasyczne „I am error”, pierwszą taką postać w serii. 7. Księżniczki, której imieniem błędnie przez trzydzieści lat będzie się nazywać protagonistę.Alchemik na miarę Eijiego Aonumy chwyta większość składników i wlewa do innego gara, podgrzewając innym ogniem, coś strzela, bulgocze - wychodzi nowa Zelda. Czasem trójwymiarowa, by świat cały wprawić w osłupienie, czasem ze staroszkolną kamerą od góry, by samych fanów wprawić w osłupienie. Ale niemal zawsze ze średnią ocen na poziomie 90 wzwyż według skali Metacritica. Sporym niedopowiedzeniem byłoby w tym miejscu napisać, że to dobry wynik.

Czyli co, we wszystkich grach świata irytuje nas zjadanie własnego ogona, jednak Linka bronimy niczym polityk urzędu, nawet jeśli doskonale wiemy, czego możemy się po jego kolejnej wizycie spodziewać? Po części to prawda, chwilowo opuszczam gardę. Niestety, większość zjawiska określanego euforycznie „magią Nintendo” jest poszanowaniem i kontynuowaniem ustalonej dawno temu tradycji. Z gracją, jakiej Activision, EA czy Ubisoft nie zrozumie nigdy, nawet gdyby przeskoczyli całkowicie na scenę niezależną po przypadkowym otarciu się o bankructwo. I której przeniesienie na linijki kodu potrafi wzruszyć. Im częściej bowiem wracasz do ich serii, tym głębiej wpadasz w potrzask bez wyjścia.Królestwo Hyrule chyba nawet lubuje się w tego typu wyzwaniach - jak zrobić coś znajomego na każdym kroku, żeby zachowało wyjątkową atmosferę. Mój ulubiony przykład to Majora's Mask oczywiście. Wystarczy zagrać w Ocarinę i Majorę ciągiem, by zauważyć pośpiech, jaki towarzyszył twórcom - użyli tych samych przeciwników, modeli NPC, tekstur, większości przedmiotów, melodii na okarynie. Ale dodali trzydniowy limit czasowy, a całość podkreślili przybijającą, fatalistyczną atmosferą, nad którą góruje demoniczny księżyc. Majora's Mask to zaskakująco głęboki tytuł. Powstały rewelacyjne interpretacje, porównujące grę do procesu godzenia się ze śmiercią ukochanej osoby. Po co zatem wypominać recykling obiektów z Ocarina of Time?Podejrzanych bliźniaków było jeszcze więcej na kartach historii serii. Duet Oracle of Ages i Oracle of Seasons na Game Boyu Colorze idzie szlakiem Pokemonów, proponując dwie identyczne na pierwszy rzut oka gry. W przeciwieństwie jednak do szajki Pikachu, dopiero zaliczenie obu pozycji daje pełny obraz całości, bo dopiero wtedy staniemy do walki z prawdziwym głównym bossem dylogii. Phantom Hourglass na DS-a okradł Wind Wakera z oprawy graficznej, łotrzykowskiego klimatu i motywu żeglowania. To w końcu bezpośredni sequel, stąpający po niebezpiecznie podobnym gruncie. A jednak zmiana konsoli wymusiła roszady w gameplayu. Wystarczające, by nikt nie kiwnął palcem, a świat krzyknął: „mamy nową Zeldę!”.Nie wyliczam tego, żeby umniejszyć legendzie Legendy. To raczej dowód jej siły. Nieokreślony pierwiastek sprawia, że każda powtórka smakuje tutaj nieco lepiej. Świadome autocytaty z A Link to the Past w A Link Between Worlds, grze, która jest jedną z najlepszych produkcji na 3DS-ie, udowadniają jeszcze jedno. Jeżeli stworzysz coś fantastycznego, świat sam poprosi o kalkę. Daj mu tylko kilka lat.Ale tę tendencję zauważamy także gdzie indziej, wystarczy przypomnieć sobie reakcje po ogłoszeniu remake'u Final Fantasy VII. Że później było i jest z nimi coraz gorzej - to zupełnie inna kwestia. Warto jednak zobaczyć kompilację reakcji na show Sony z zeszłorocznego E3. Zobaczycie tam szczery płacz na sam dźwięk nostalgicznej nuty.The Legend of Zelda, w przeciwieństwie do wielu nieumarłych, niczego nie knoci po drodze. Od lat proponuje podobną mechanikę, powraca do starszych tytułów, kreśli mapy nawiązań, by wprowadzać nadal w zachwyt. Pamiętacie reklamę z Robinem Williamsem i jego córką Zeldą? Są już pokolenia wychowane na tej serii, to oczywiste. Odgrzewanie starszych tytułów w niepojętej jak na Nintendo skali służy najpewniej wychowywaniu następnych. I zauważcie, że Ocarina czy Majora są na wskroś archaicznymi tytułami, lecz świeżakom w ogóle to nie przeszkadza. Rację mieli recenzenci osiemnaście lat temu twierdząc, że Okaryna Czasu jest wyjątkowa. Ciekawe, czy spodziewali się, że będzie nieśmiertelna?Takie urodziny, więc pozwolę sobie na wspomnienie. Nie jestem fanem od tak dawna, jak mógłbym i obecnie chciał. Sytuacja Nintendo w Polsce za czasów N64 była fatalna, a to wtedy formował się mój kręgosłup gracza. Zaległości zacząłem nadrabiać wiele lat później. Istnieje w Sieci teoria, że pierwsza prawdziwa Zelda, którą ograsz od początku do końca, będzie twoją ulubioną. I wiecie co? To chyba prawda. Choć kilka pierwszych godzin z Majorą sprawiło mieszane wrażenie, gdy oglądałem napisy końcowe, nie miałem już wątpliwości. Była to jedna z najważniejszych gier mojego życia. Nawet jeśli ograna tak bardzo po czasie.Trzydzieści świeczek ze skaczącymi ognikami. Tort z lukrową Eponą. Wełniany sweterek z napisem „It's dangerous to go alone”. Kameralnie, ale sielsko. Pozostaje tylko czekać na solenizanta. Serio, Nintendo, co się dzieje? Czy chcecie pożegnać Wii U jako jedyną konsolę, która nie otrzymała własnej Zeldy? Amerykańska rocznica wypada w sierpniu. Nie zawalcie tego, proszę.

Udostępnij:
Komentarze (11)