Jednak to nie sama fabularna sceneria mnie kupiła, ale sposób jej prezentacji. Gra w sprytny sposób łączy sprawdzone, malowane tła 2D z trójwymiarowymi modelami. Możemy swobodnie poruszać się bohaterem, a kiedy podchodzimy do niektórych miejsc - na przykład półki z gratami - na ekranie pojawia się komiksowy kadr, w którym z perspektywy pierwszej osoby rozglądamy się po trójwymiarowym modelu tejże półki. Efekt jest ciekawy i przyjemny dla oka, zręcznie łącząc klasykę z nowoczesnością.Klasyka łączy się z nowoczesnością także w samej historii - wcielamy się w Johna Yesterdaya, człowieka, który ma na karku ponad pięćset wiosen. Nasz bohater jest nieśmiertelny, niestety za każdym razem gdy umiera, odradza się pozbawiony pamięci. I powiedzmy, że już nawet mniej więcej ustabilizował to swoje szalone, długawe życie, wiążąc je z równie nieśmiertelną ukochaną Pauline, ale wiecie, jak jest - musimy mieć powód, by wskazywać i klikać, klikać i wskazywać, zatem piętnastowieczna przeszłość Johna dogania go, wplątując w wielką przygodę przez różne zakamarki świata teraźniejszego oraz własnych wspomnień. Zwiedzimy więc zarówno średniowieczne klasztory, jak i nowojorskie parki.Fabuła Yesterday Origins sprawia, że trudno oderwać się od kolejnych rozdziałów. Znajdziemy tutaj to, co tworzy dobrą przygodówkę point and click - czarny humor, tajemnicę, popkulturowe mrugnięcia, garść dziwacznych, intrygujących postaci, różnorodność lokacji... Pomyślcie o Broken Sword z podwójną dawką okultyzmu i wycieczkami do schyłku średniowiecza. John i Pauline nie są co prawda aż tak charyzmatyczni jak George i Nicole, ale za to ich opowieść ma znacznie więcej pazura i wyrazistości niż standardowe poszukiwanie skarbów w Broken Swordach. Tutaj luźna przygoda miesza się z thrillerem, a moralność szwankuje u wielu, sprawiając, że opowieść o pięćsetletnim gościu staje się nieco bardziej prawdziwa. Jasne, nie zabraknie kilku luk czy idiotyzmów, ale nie przeszkadza to w chłonięciu gry jak dobrej, rozrywkowej książki. Do samego satysfakcjonującego końca.Yesterday Origins ma też momenty, w których błyszczy najjaśniej. Jedna z akcji rozgrywająca się w pierwszej godzinie rozgrywki absolutnie zwaliła mnie z nóg i sprawiła, że miałem ochotę zadzwonić do każdego znajomego, żeby opowiedzieć, jaką świetną scenę Pendulo Studios przygotowało. Majstersztyk, o którym niestety nie mogę opowiedzieć, bo zakładam, że ci, którzy zdecydują się na zagranie, będą chcieli sami tego doświadczyć. Nie jest to co prawda nic spektakularnego z punktu widzenia fabuły, ale sama narracja, pomysł, klimat... No, w grze zdarzają się takie smaczki. Ten początkowy jest co prawda najmocniejszy, ale nie zabraknie potem chwil, w których pojawi się coś niespodziewanego, co sprawi, że uśmiechniecie się i zakrzykniecie "no proszę!".No dobrze, ale wróćmy jeszcze do początkowej celi więziennej. Ucieczka z niej nie sprowadziła się bowiem do prostolinijnego "znajdź długi przedmiot i zabierz nim klucze śpiącemu strażnikowi". O, nie. Plan okazał się o wiele bardziej skomplikowany i, hm, fantazyjny, co trafnie zapowiedziało rodzaj wyzwań, z jakimi mierzymy się w Yesterday Origins. To zazwyczaj sieć mniejszych zagwozdek składających się na jeden duży problem, który musimy rozwiązać na przestrzeni 3-4 pomieszczeń za pomocą naręcza najróżniejszych gratów.