Wspaniale działa za to "szóstkowe" drzewko umiejętności. Po pierwsze - wszystko może dać punkty doświadczenia. Tak, regularne jedzenie w knajpach również. Warto zatem być ciekawskim, wchodzić (bez loadingów) do każdego sklepu, zagadywać do ludzi, zatracać się w rozbudowanych minigierkach i nieprzerwanie rozwijać sztuczki Kazumy. Jeżeli wolelibyście TYLKO walczyć, bo przecież każdy miewa podobne dni, powinniście zainteresować się aplikacją Troublr (punkt dla Segi za nazwę) - co chwilę ktoś tam wrzuca małe robótki polegające na oczyszczaniu ulic z chuliganów. Jeżeli w nagrodę nauczycie bohatera jeszcze jednego niedorzecznego finishera, czas ten z pewnością nie będzie stracony.Reszta to już Yakuza w pełni. Bez większych zaskoczeń. Misje poboczne - te wszystkie śmieszkowate historyjki, z których znana jest marka - atakują zewsząd, tym razem zastępując ściany tekstu, przez jaki trzeba się przeklikać, pełnymi wersjami audio, więc nie przypominają już tak japońskich erpegów. Minigierek jest zauważalnie mniej niż chociażby w Zero, ale wszystkie opracowano od podstaw. Jak szybko robi się zbyt dziwnie? Odpowiedź poznacie w kafejce internetowej, gdzie na seks-czacie wysyłać będzie wiadomości "CYCKI, CYCKI" do rozbierającej się modelki. Albo gdy podwodne polowania na ryby, które jest właściwie parodią The House of the Dead, zamieni się w okładanie gołymi rękoma rozwścieczonego rekina. Dobrze wiedzieć, że Yakuza nie boi się nadal być Yakuzą.Świeży silnik oznacza smutne pożegnanie z płynnymi sześćdziesięcioma klatkami na sekundę, ale solidnie podbija klimat otwartych mapek, zwłaszcza w środku nocy. Obok kultowego Kamurocho, trochę mniejszego niż zwykle, za to z odrestaurowaną dzielnicą Little Asia, pokręcicie się po nadmorskich okolicach Hiroszimy, którym najbliżej Okinawie z "trójki". Niesamowite, jak mocno ta lokacja pasuje, mimo braku wielu tradycyjnych aktywności, mimo znikomej liczby neonów, pijanych biznesmenów, pomimo poetyckiej atmosfery unoszącej się nad wąskimi uliczkami. Seria Segi jak żadna inna przedstawia rzeczywistość Japonii, a Onomichi jest idealnym tego uzupełnieniem. Oglądając przez lata materiały z tej lokacji, byłem pewny, że nie będę chciał w niej spędzać czasu. Tymczasem najchętniej bym w ogóle nie wracał do Tokio i nie zmuszał Kazumy do wdziewania kultowego białego garniaka. A czy wspominałem, że teraz miasta można zwiedzać w trybie FPP (i jest to super)?Niestety, The Song of Life zestarzało się wizualnie prędzej niż dwie poprzednie odsłony na PlayStation 4. Tak, "zestarzało", bo w Japonii wyszło w zimie 2016 roku i wtedy robiło nieco większe wrażenie. Widać, że deweloperzy bardzo długo próbowali okiełznać nową technologię, lecz rokroczna natura serii zmusiła ich do kilku brzydkich skrótów. O problemach z płynnością już wiecie (czasem jest serio dramatycznie), więc dodam, iż spora większość przerywników filmowych nadal straszy ludzikami-kukłami wpatrującymi się w jakąś metafizyczną przestrzeń. To rzadki przypadek, że pod wieloma aspektami "szóstka" jest wyraźnym krokiem naprzód, a pod innymi nadal tkwi głęboko w ubiegłej generacji niczym obrażony bachor. Nic, czego byście nie przełknęli, oczywiście, lecz odpalenie Yakuzy świeżo po niańczeniu Atreusa nie jest najlepszym pomysłem.