Yakuza 3 - recenzja

Strona głównaYakuza 3 - recenzja
31.03.2010 09:01
Yakuza 3 - recenzja
marcindmjqtx
marcindmjqtx

Yakuza 3 to gra wymykająca się jednoznacznej ocenie. Mógłbym długo wyliczać rzeczy, które mnie wkurzały, były niedopracowane czy po prostu źle przemyślane. Jednocześnie mógłbym równie namiętnie pisać o tym, co mi się w niej podobało i dlaczego uważam, że jest to produkcja warta uwagi.

Yakuza 3 jest bajką. Bajką o dobrym gangsterze, który postanawia zerwać ze swoją przeszłością i zacząć nowe życie, ale i nie tylko. Przejście od przestępcy do kierownika sierocińca brzmi śmiesznie tylko do momentu, gdy przypomnimy sobie, że Kazuma sam był sierotą. Jego motywacje stają się wtedy czytelne - opiekuje się dzieciakami, bo chce je otoczyć ciepłem i uchronić przed tym, co sam przeżył. Tym łatwiej można więc uwierzyć, czemu decyduje się działać w ich obronie.

Rozgrywająca się w Słonecznym Sierocińcu część opowieści jest pełna ciepła, ale jednocześnie słodziutka do urzygu. Dzieci mają swoje dziecięce problemy, jednakże opowiadające o nich historie nigdy nie kończą się źle. Podział na dobro i zło jest w trzeciej Yakuzie wyraźnie zarysowany i właściwie nieprzekraczalny. Jest nieco miejsca na gorycz, ale grzesznik będzie miał szansę odkupić swoje winy.

Motywacje bohaterów są przejrzyste i podsunięte prosto pod nos, momentami wręcz w urągający inteligencji odbiorcy sposób. To nie jest opowieść dla dorosłych. Oczywiście jest pełna przemocy i wulgaryzmów, ale gdyby je wyciąć równie dobrze mogłaby być wydawana przez Disneya. W prosty sposób opowiada o podstawowych wartościach, takich jak honor, przyjaźń i miłość.

Jest to też bajka o starej, honorowej Yakuzie, która dba o swoje sąsiedztwo, w przeciwieństwie do tej nowej, nastawionej jedynie na pieniądze. Dobra Yakuza nie wymusza, jedynie prosi i ochrania. Tak naprawdę gra po prostu tęskni za dawną Japonią i z obawą patrzy w przyszłość - głównymi złymi w grze są Chińczycy, oraz, jakżeby inaczej, Amerykanie. Oś fabuły kręci się dookoła ziemi na której stoi sierociniec Kazumy - działka staje się przedmiotem zupełnie kosmicznej intrygi politycznej, która równie dobrze mogłaby być kanwą scenariusza dla polskiego serialu kryminalnego, najlepiej z Markiem Kondratem i Pawłem Wilczakiem. I Maćkiem Zakościelnym w roli Kazumy.

Jednakże bajki mają to do siebie, że choć bywają naiwne, to wysłuchuje się ich z przyjemnością. Choć zgrzytałem zębami nad prostactwem niektórych fabularnych zagrań, to opowieść wciągnęła mnie, a jej finał usatysfakcjonował. Pewnie dlatego, że po prostu lubię dobre zakończenia.

Lubię też poczucie, że mogę dużo w grze zrobić, ale nie muszę, bo mam jasno wyznaczony cel. Yakuza 3 pozwala zatrzymać się, wziąć głęboki oddech i zająć się masą nieistotnych dla rozwoju gry spraw. Naiwnością byłoby twierdzić, że gra stanowi wierne przedstawienie współczesnej Japonii, ale i tak warto popatrzeć na to, z jakim pietyzmem odwzorowano stragany, sklepiki i bary. Straszna szkoda, że nie zdecydowano się na umieszczenie angielskich podpisów do japońskich szyldów i reklam - tak jak miało to miejsce choćby w Bioshocku, który pomagał rozszyfrować treść znajdującego się na ścianie plakatu. W Yakuzie czułem się jak nieznający języka turysta, który idzie po ulicy i chłonie atmosferę, grę świateł, i uliczny szum. I tylko żal tych różnych drobiazgów jakie postanowiła wyciąć z zachodniej edycji Sega.

Podczas jednej z Polygadek powiedziałem, że Yakuza 3 to gra, którą trudno pokochać. Dokonany przez twórców wybór środków służących do opowiedzenia historii woła o pomstę do nieba. Silnik który dobrze sprawdza się do napędzania wciągających walk ulicznych i szczegółowego odwzorowania zaułków Kamurocho, z prowadzeniem dialogów sobie nie radzi. Prerenderowane filmiki przeplatane scenkami na których dwie nieruchome postacie rzucają w siebie ścianami pozbawionych dźwięku dialogów nawet w lutym 2009 roku nie były zbyt eleganckim rozwiązaniem. Dla niektórych jest to wyznacznik odrębnego dla Japończyków podejścia do języka gier jako medium interaktywnego. Dla mnie, jest niewykorzystywaniem zawartego w nim potencjału.

W swoim rdzeniu Yakuza 3 jest nawalanką otoczoną licznymi minigierkami i zadaniami pobocznymi w sosie z atmosfery codziennej Japonii. Walka zajmuje tu honorowe pierwsze miejsce i na jej rzecz można zrezygnować z pobocznych wyzwań, biegając po ulicy, i wpadając na kolejne bójki. Po przejściu gry otwiera się możliwość dalszego rozwijania umiejętności Kazumy oraz zmierzenia się w szeregu specjalnych wyzwań.

Grafika trąci myszką, głównie przez to, że tak często jest przeplatana przerywnikami filmowymi znacznie lepszej jakości. Mimo to, nie przeszkadza, co najwyżej miejscami irytuje, gdy postacie gubiąc klatki animacji poruszają się z wdziękiem robotów, a włosy wyglądają jak z plastiku.

Werdykt Yakuza 3 jest chyba najbardziej japońską z japońskich gier dostępnych na zachodnim rynku. W tej grze jest po prostu Japonia, odmieniana przez niemalże wszystkie przypadki. Nie ma drugiej takiej gry, o Londynie, Nowym Jorku czy Barcelonie, która z takim pietyzmem i szczegółowością oddawałaby atmosferę tamtych miast. Rockstar z Grand Theft Auto IV był blisko, ale tam gracz został postawiony naprzeciw ogromu miasta samego w sobie, nie tego co można było w nim dokładnie znaleźć. I choćby z tego powodu warto na Yakuzę zwrócić uwagę, choćby na kilka godzin.

Jeżeli jednak zdarzy się tak, że komuś przypadnie do gustu system walki, zabawa płynąca z rozkwaszania przeciwników stołami czy zderzania ich głów z donośnym "boing", to może zniknąć w grze na długie, długie godziny.

O innych atrakcjach trzeciej części Yakuzy pisałem w Pierwszych Wrażeniach.

Konrad Hildebrand

326922689221515306
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)