Historia nie potrzebuje wiele czasu, by rozpędzić się na maksa i atakować odbiorcę dziesiątkami zwrotów lub ukrywanymi przed protagonistą sekretami nawiązującymi do wydarzeń z przeszłości. To jej zdecydowany plus, gdyż Rex - młody, wiecznie optymistyczny nurek - wypada nad wyraz blado. Owszem, w pogoni za pieniędzmi wplątał się w aferę, która finalnie zdecyduje o losach świata (jak inaczej, skoro to jRPG?), niemniej w gruncie rzeczy mógłby pozostać anonimowym wytworem kreatora postaci. Szkoda, bo setting dramatu wcale nie ustępuje temu z pierwowzoru.Niemal całą powierzchnię Alrest (świata gry) pokrywa głęboki ocean chmur (sic!), po którym wędrują gigantyczne tytany. Ludzie i inne antropomorficzne gatunki żyją na ich cielskach. Te większe stają się samodzielnymi państewkami, drobniejsze środkami komunikacji. Jest coś majestatycznego w ciachaniu potworków w brzuchu olbrzymiego wieloryba, widząc w oddali światła miasta a daleko, daleko nad głowami bohaterów szczeliny na plecach tytana, przez które przedostają się promienie słoneczne. Argument, że te stworzenia powoli wymierają, pozbawiając ludzi domów, wystarczy, by zechcieć wyruszyć w podróż do centrum Alrest i wspiąć się na legendarne drzewo, gdzie według legend znaleźć można raj (Elysium) oraz boga, Architekta. Bo jako gracze wiemy, iż podróż ta oznaczać będzie poznawanie kolejnych tytanicznych ekosystemów. Setki zachwytów, jakich w japońskich role-playach nie doświadczyliśmy od... no, poprzedniego Xenoblade'a.Nie chcę zagłębiać się w dalsze rozdziały scenariusza. Na plecach (lub ramionach, szyjach, nogach czy w żołądkach) tytanów czeka Was tyle, iż zbliżając się do finału poczujecie nostalgię podobną do kończenia sześciotomowej sagi książek. Ale też nie będę Wam ściemniał, że "dwójka" operuje fabułą równie efektywnie, co pozycja z 2010 roku. Z dwóch powodów, mimo zainteresowania dalszymi twistami oraz losami barwnych bohaterów, nigdy nie przekroczycie tej magicznej bariery autentycznej immersji w oglądane wydarzenia, przeżywania wszystkiego z otwartymi ustami.Pierwszy, poważniejszy, związany jest z irytującą decyzją "animezacji" Chronicles 2. Postaci, dialogi, scenki przerywnikowe - wszystko naznaczone jest sztampową stylistyką młodzieżowych serii animowanych. Balans pomiędzy zagrywkami typu "robią mu się duże, białe oczy, a po skroni zjeżdża przerysowana kropla potu" oraz momentami autentycznie poważnymi jest źle zrównoważony. Wygląd, ubiór bohaterów - bez większego sensu, stworzony tylko pod marketing gry w Japonii (przykład: Pyra jest inteligentną i bardzo wstydliwą kobieta, nie przeszkadza jej to jednak świecić paskami od stringów). To nic nowego w gatunku, jasne. Nic nowego też w serii, bo Chronicles X było podobne. Ale tym razem dostałem scenariusz, który z innym podejściem wciągnąłby mnie całkowicie poważnie, jak w "jedynce". Tymczasem zmuszony jestem do przymykania oczu i napisania, że przeciwnikom anime gra przyprawi wiele niewygodnych doznań.