Przeżyłem autentyczny szok, jak pojedyncza misja może całkowicie odmienić oblicze znanej przeze mnie pozycji. Gdy zaczynamy czołgać się wzdłuż kolejnych osłon, w głośnikach pojawia się rewelacyjny utwór ze Splinter Cella, włączamy noktowizor, a nad zaszytą w tropikach bazą zacznie padać gęsty deszcz, nie tylko ożywają wspomnienia sprzed lat - konkretnie z Pandora Tomorrow - lecz również luźna, "sieciowa" atmosfera zeszłorocznego hitu nagle wyparowuje, zostawiając napięcie, które pochyli Was w kierunku ekranu. Magia trwa może dziesięć minut, bo gdy spotkamy się z Fisherem, wszystko wróci do dawnego porządku, a zadyma, z jaką opuścimy teren Unidadu, jest tak przesadzona, że dostarczy całego pokazu irytujących bugów. Niemniej przypadkowy zgon rozpocznie to ślamazarne skradanie od początku. A gdyby teraz przeczołgać się tędy? Wyłączyć im generator? Odciągnąć uwagę bombką dywersyjną? Za słaby bohater, ginący podczas późniejszej strzelaniny, zmusił mnie do trzech godzin tego cyklu. Czort wie, jak bardzo wyklinałem na Ubi za brak checkpointów. Ale też żadnej pojedynczej lokacji w Wildlands nie poznałem aż tak dobrze.Gdy Sam na swój, nieco ironiczny sposób, oddał hołd Snake'owi oraz całej serii Metal Gear, dość słusznie żegnając ją mimo panoszącego się w sklepach Survive, ja musiałem podjąć decyzję. Wiedziałem, że na poziomie rozgrywki nic już mnie w Boliwii nie zaskoczy. Jasne, przez jakiś czas będę próbował samemu stworzyć ten stres z obecnego wydarzenia, ale prędzej czy później wrócę do wypróbowanych, bezpieczniejszych schematów. Do codziennego przeskakiwania z "chcę znaleźć wszystko w tych górach!" do "ciul, robię tylko fabułę i zamykam to!".Dla mnie Ghost Recon jest szpilem singlowym, nawet jeśli Maciek Kowalik zagra ze mną obiecywaną od dawna partyjkę, 99% czasu spędziłem z perfekcyjnymi botami potrafiącymi synchronicznie ściągać trzech oddalonych od siebie typów. W przypadku bardziej schematycznych ubigier, których hiperbolą, przypominam, jest Wildlands, gracz musi nauczyć się zwalniania. Włączania na godzinę dziennie. Grania na przestrzeni miesiąca lub dwóch. Drobnego dziubania. Takie są dla mnie niemal wszystkie części Far Cry'a, takie były Asasyny, takie jest The Crew. I chyba znowu zaryzykuję.Ten ...cholerny... świat. Naprawdę chcę go zwiedzić od granic do granic. No bo co innego mnie tam nęci? Wildlands jest świetnym przykładem "wielkiej gry 6/10", o której Dominik Gąska lubi opowiadać z pasją w podcaście Niezatapialni (teraz mi postawisz to piwo, tak?). Że bez wątpienia dostrzegasz jej liczne wady, w żaden sposób Cię nie wzbogaca, właściwie często irytuje, ale po prostu lubisz ją włączyć. Nie jestem aż takim entuzjastą, by na bieżąco analizować drugi rok rozszerzeń (z drugim płatnym karnetem na nie, a co!). Zresztą one dotyczą już głównie trybu PvP, którego najpewniej nigdy nie sprawdzę. Będę nadal, kroczek po kroczku, niszczył struktury Santa Blanca. W końcu zobaczę każdą wioskę, wsadzę za kratki El Sueno, wyciągnę z konsoli płytę, odłożę na półkę po wsze czasy. I znajdę sobie nowy odpowiednik relaksującej, choć delikatnie nużącej ubigry. Może piątego Far Cry'a. Dobrze mieć coś ze strzelaniem na gorsze dni.