Główny wątek The New Colossus trwa mniej więcej tyle co w jedynce, czyli paręnaście godzin, ale gra dorzuca gratis garść aktywności pobocznych. Oprócz krótkich zadań od członków załogi, w połowie gry zyskujemy dostęp do Enigmy - maszyny, dzięki której za pomocą kodów zbieranych z ciał dowódców odszyfrujemy lokalizację nazistowskich generałów. Po wykonaniu prostej minigierki w dopasowywanie wzorów będziemy mogli wyruszyć na misję zabicia takiego delikwenta. Tych jest aż szesnastu, osoby rozsmakowane w rzeźnickim aspekcie Wolfensteina będą mogły zatem solidnie wydłużyć sobie rozgrywkę. Niech tylko nie liczą na jakąś wypasioną nagrodę w rodzaju innego zakończenia, dodatkowych przerywników filmowych czy czegoś w tym rodzaju.Wielu może też zainteresować polowanie na znajdźki - grafiki koncepcyjne, modele postaci, karty ze znanymi osobami czy zabawki dla Maxa Hassa zręcznie poukrywano na wszystkich planszach. Są to na tyle ciekawe pierdółki, że chce się za nimi rozglądać. Szczególnie za dziesięcioma płytami winylowymi - na każdą przypada jeden utwór od fikcyjnej kapeli umiejscowionej w świecie gry. Przerażająco pocieszne "Changeover Day" od nazistowskiej wersji Beatlesów, opowiadające o dniu, w którym Amerykanie musieli zacząć mówić po niemiecku, to jedna z perełek, która do teraz siedzi mi w głowie.Ba, takie przywiązanie do detali to mocna zaleta Wolfensteina 2. Podczas spacerowania po niemieckiej wersji Roswell aż chce się spojrzeć na każdą witrynę, a pranie rozwieszone na głównym pokładzie U-boota służącego partyzantom za bazę opowiada historię lepiej niż dziesiątki słów. Ten Kolos ma marmurowe nogi złożone właśnie z tego typu szczegółów. To dzięki nim zostawałem w knajpie pięć minut dłużej, by popatrzeć jak upośledzony Max Hass gra w bilard. To one sprawiały, że stałem się bardzo uważnym mordercą nazistów. Turystą wśród bojowników o wolność.A miałem co zwiedzać - gra zabiera nas w najróżniejsze rejony nazistowskiego USA, zaliczając przy tym graficzny lifting godny trzech lat dzielących nas od The New Order. Zobaczymy tu pełne kolorów miejscówki w rodzaju wspomnianego Roswell, iście falloutowe pocztówki Manhattanu... i dużo bunkrów czy innych surowych, militarystycznych korytarzy. Jak dla mnie odrobinę za dużo, szczególnie że graficy przygotowali przecież też świetne, bardziej organiczne i bogate wizualnie miejscówki do naparzania. Cóż, podobny problem miałem z The New Order. Absolutnie żadnych zarzutów nie mam natomiast do niezawodnego Micka Gordona - kompozytor do swoich spokojniejszych brzmień z poprzedniej odsłony dorzuca trochę więcej ciężaru i brudu znanego z Dooma. Czekam na oficjalną premierę ścieżki dźwiękowej.The New Colossus szlifuje to, co zapoczątkowało The New Order, oferując nam chyba najambitniejsze wyżynanie nazistów w historii. To gra szczególnie istotna w dzisiejszych czasach, gdy firmy w rodzaju EA odwracają się od singlowych gier - fabularny FPS, który nie próbuje być absolutnie niczym innym; który zachwyci i rozgrywką, i opowieścią, a przede wszystkim biorącymi w niej udział bohaterami. Protagonistów pokochamy, antagonistów znienawidzimy. Każdą scenkę obejrzymy jak dobry film.W obliczu tak kapitalnie zrealizowanej wizji w ogóle nie bolą drobne niedociągnięcia w rodzaju delikatnej monotonii wnętrz czy drobnych potknięć w mechanizmach. Wiele osób zdaje się na przykład narzekać na niesatysfakcjonujące zakończenie i choć częściowo to rozumiem, bo jeden element faktycznie "nie kliknął", to uważam, że twórcy zrobili tam też coś bardzo dojrzałego. Dającego do myślenia. I szanuję ich za odwagę, by pójść właśnie w takim kierunku.Oj tak, Wolfenstein 2 ogólnie ma jaja ze stali. Choć - jak ktoś w pewnym momencie mówi Blazkowiczowi - to takie głupie, że wyznacznikiem tego, czy ktoś jest twardzielem, są "wrażliwe maleństwa leżące sobie wygodnie w pomarszczonym opakowaniu z pierdolonej skóry".Patryk Fijałkowski