Sukces Steam inspiruje, nic więc dziwnego, że pojawiły się konkurencyjne platformy - najgłośniej zapowiadaną był Origin, czyli nowa wersja EA Store od Electronic Arts, która wystartowała w czerwcu. Było o niej głośno z trzech powodów - najpierw, tuż po premierze, gdy EA z hukiem zabrało swoje gry ze Steama. Potem, w sierpniu, gdy wyszło na jaw, że Origin zbiera nieco za dużo informacji o graczach. Platforma nie tylko poznaje numer IP i monitoruje aktywność sieciową, ale też zapamiętuje konfigurację naszego sprzętu, rodzaj systemu operacyjnego, zainstalowane aplikacje, czyli w zasadzie wszystko, co mamy w komputerze. Choć podobne informacje zbiera Steam, to w przypadku Origin graczy oburzyła możliwość udostępniania ich na zewnątrz. EA szybko wycofało te zapisy z umowy licencyjnej i podobno zaprzestało tych praktyk. Trzeci raz uwaga wszystkich skupiła się na Originie przy okazji premiery „Battlefield 3”, gdy się okazało, że będzie niezbędny do jej uruchomienia. Potem szum wokół głównego kandydata na pogromcę Steama nieco ucichł, bo co to za pogromca, który ma tylko swoje gry i nie konkuruje cenami tych samych produktów. Dopiero ostatnio EA zaczęło dodawać do Origin tytuły innych producentów, np. THQ i Warner Bros. Ciekawe, czy za Electronic Arts pójdą inni wydawcy i gracz będzie zmuszony do instalowania wielu platform, by pograć w gry różnych wydawców, którzy chcą się uniezależnić od Steama. Blisko tego jest Blizzard, którego gier w ogóle tam nie ma, są sprzedawane przez stronę firmy, a do wszystkich obowiązuje wspólny login.