Bardzo żałuję, że nie możemy wybierać różnych opcji "podkręcenia" historii, a to w kierunku przypowieści, a to żartu, ze zmienionym bohaterem, z innym zakończeniem. To by dopiero była zabawa! Rozumiem, że sporo pracy trzeba by włożyć w rozwinięcie na różne sposoby ponad 200 opowieści... ale nie są one wcale takie długie. Jedna zajmuje średnio koło dwustu wyrazów, więc ma wielkość notki prasowej.No dobrze, ale jakie są plusy? Bo jakieś są, prawda? Po pierwsze, świetna muzyka. Podczas podróży przez Stany towarzyszy nam koło dziesięciu bardzo ciekawych, klimatycznych piosenek. Szybko jednak ich mała ilość zaczyna nam doskwierać. Do tego szkielet może sobie pogwizdywać, często zaburzając rytm piosenki... ale miałam pisać o plusach, prawda?Podkładający głos pod postacie aktorzy, a przede wszystkim grający wilka Sting wypadają naprawdę świetnie – modulują głos, okazują emocje. Ciekawie czyta się też wszystkie opowieści. Oparte są one na legendach i mitach krążących po Ameryce. Jest np. historia o burzy piaskowej w Kansas, która pożera całe miasteczka, albo o farmerach z Luizjany oferujących podróżnym lemoniadę, a potem karmiących nimi swojego syna kanibala.Niestety, przestajemy je doceniać w momencie, gdy odkrycie kolejnej oznacza przebycie wielkich połaci przestrzeni. Na dodatek Sting ma mało tekstu, jego wypowiedzi dobierane są losowo i nie zawsze pasują jako komentarz do historii, którą chcieliśmy mu sprzedać. A trąbiono o tym tu i ówdzie, że Sting się wczuł, że duch Kerouaca roztacza swe opiekuńcze skrzydła nad produkcją Dim Bulb Games... Myślę, że pisarza bardziej rozbawiłyby niektóre bugi – w Jacksonville na Florydzie 20 razy krążyłam między dwoma domkami, w których można było znaleźć rozwinięcie którejś z opowieści, co i raz odświeżane. A innym razem jechałam do Denver, zmuszona oglądać szpetną animację podróży samochodem, która trwała niemiłosiernie długo i nie dało się jej przyspieszyć. A potem nagle, zamiast w Kolorado, pojawiłam się w Missouri.Nie lubię tej gry, bo przez nią cierpiałam w sposób, za którym nie przepadam (tak, czasem lubię, jak gra mnie wymęczy. ALE NIE TAK). Oraz za to, że zabrała mi ponad 10 godzin z życia i obiecywała być zupełnie inna. To jak wycieczka na rajską wyspę, która okazuje się być smutną dziurą nastawioną na krwiożerczych turystów, a jedyne objawy lokalnego życia to dzieci bawiące się w ciasnej uliczce, którą można zaobserwować z okien hotelu pachnącego chlorowanym basenem wielkości wanny. Następnym razem jadę w Bieszczady.