Warszawa, noc i Pokémon Go

Strona głównaWarszawa, noc i Pokémon Go
11.07.2016 13:48
Warszawa, noc i Pokémon Go
Patryk Fijałkowski
Patryk Fijałkowski

Słyszycie? To społeczeństwo powoli synchronizuje oddech z Pokémonami.

bEiwcYrV

Pod budynek Sony docieram w niedzielę przed północą. Należy do Team Mystic, mojej niebieskiej drużyny, ale jest strzeżony przez zaledwie jednego Pokémona - cherlawego Wartortle'a z mlekiem pod nosem i 267 punktami bojowymi.

To niewiele. Pierwszy lepszy trener może przejąć to miejsce. Postanawiam zainicjować sparing z sojuszniczym żółwiem, aby podbić prestiż wieżowca i dzięki temu móc dorzucić do obrony swojego stworka. I muszę przyznać, że się jaram. Odkąd wyszedłem z domu, minęło już co najmniej dwadzieścia Pidgeyów i czterdzieści Rattatów; teraz wreszcie zrobię coś pożytecznego, coś namacalnego dla swojej ekipy. W głowie widzę, jak połowa Warszawy nosi mnie na rękach z dumy, jak surfuję przez wdzięczne dłonie od Woli do krańców Białołęki, a rano w metrze na ekranach wyświetlają tylko news o młodym trenerze z Muranowa, Patryku Fijałkowskim, który bohatersko wzmocnił Gym na Ogrodowej...Przy wejściu do budynku stoi dwudziestokilkuletni, brodaty chłopak. Jest coś takiego w tym, jak gapi się w swojego smartfona, co sugeruje mi, że być może przyszedł tu w podobnym celu. Zachowuję jednak dystans. Patrzę tylko na mapę w grze i upewniam się, że status budynku nie uległ zmianie. Typ może być przecież z przeciwnej drużyny i właśnie przejmować nam Gyma, a tego byśmy nie chcieli.

Nic się na szczęście nie zmieniło - budynek, w którym mieści się polski oddział Sony, jak był niebieski, tak jest niebieski. Jego błękitności dalej strzeże równie błękitny, młodziutki Wartortle. Uff.

Gość musi po prostu pisać SMS-a albo czekać na kogoś, przeglądając fejsa - stwierdzam, jednocześnie karcąc siebie, że już mi trochę odbija i wszędzie doszukuję się PokéPowiązań. A może wraca z jakiejś imprezy? W końcu widmo zaczynającego się właśnie poniedziałku nie każdemu jest straszne. W każdym razie kit z nim.

Zaczynam przeglądać swoje Pokémony z zamiarem wydania chomikowanych punktów na wzmocnienie kilku stworków. Bo wiecie, ja tu niby taki kozak, taki, kurczę, obyty w świecie trener, a sam się cały weekend obijałem i nie jestem specjalnie mocniejszy od gościa, który zostawił tu wcześniej Wartortle'a. Jadąc przez miasto kilka godzin wcześniej i przeglądając mijane Gymy, uświadomiłem sobie w ogóle, jakim jestem leszczem. Ja nie wiem, kiedy ci ludzie dorobili się Magmarów i Hypnów z 600 punktami bojowymi, skoro gra wyszła w środę, a w Europie to przecież tak naprawdę jeszcze jej nie ma. Co oni, nie śpią? Krażą od dzielnicy do dzielnicy z dziesięcioma powerbankami w plecaku? Śpią z prezesem Nintendo?No nic, nieważne. To nie jest wyścig Rattatów, a w Warszawie na szczęście wciąż jest trochę miejsc dla ludzi mojego poziomu. Na przykład ten budynek z siedzibą Sony. Podaję zatem dopalacze przygarniętej na Patelni Maryli Rodo... tfu, Jynxowi. Przygarniętemu Jynxowi. Niech ma. Dziesięć metrów dalej trójka szemranych starszych panów przemyka chodnikiem, zastanawiając się chyba, czy podejść, ochrzcić mnie kierownikiem i poprosić o poratowanie piątakiem, no, złotóweczką chociaż. Na szczęście znikają za rogiem.- Nie masz co przejmować tego Gyma, chyba jest zabugowany - słyszę za plecami. Odwracam się zdziwiony. To ten młody brodacz na odchodne zajrzał mi przez ramię.

- A jednak! Tak myślałem, że też grasz.

- No, ale tutaj jest coś nie tak. Temu Wartortle'owi zbijam życie do jednego HP, a potem nic się nie dzieje. I tak kilka razy.

- Może to u ciebie coś szwankuje? - pytam. - Bo ja wyszedłem specjalnie, żeby pograć i prawie tyle samo czasu co na grze spędzam na logowaniu się, bo co i raz mi się coś zacina.To prawda. Pokémon Go wciąga jak szalone, ale jednocześnie potrafi doprowadzić do szaleństwa swoimi problemami z serwerami i stabilnością. Może to przez to, że połowa Europy zagrywa się, mimo że teoretycznie nie powinna? Niewykluczone. To trochę tak jakby na domówkę wyliczoną na dwadzieścia osób wbił nagle tuzin znajomych znajomego. Trudno się dziwić, że nie dla wszystkich starczy pomarańczowego Caprio.

- Nie, mówię ci, zabugowane jest - tłumaczy brodacz. Patrzymy na siebie i chociaż znamy się jakieś piętnaście sekund, czuję się przy nim swobodnie, jakby był moim kolegą. Cóż, w sumie jest kolegą - takim po fachu. Nawet jeśli reprezentuje przeciwną drużynę. - No nic, idę szukać dalej.

Z tymi słowy podnosi smartfona i sprawdza, w kierunku którego PokéStopa ruszyć teraz.

- Dobra, spoko - odpowiadam mu i dodaję z jakąś dziwną radością: - Powodzenia.

- Dzięki, tobie też powodzenia.

Brodacz odchodzi. Zostaję sam pod budynkiem, jeśli nie liczyć grupy kibiców na sąsiedniej ulicy śpiewających, że należy uprawiać wolną miłość z Portugalią. Trochę szkoda mi, że nie pogadałem z tym gościem dłużej - o rzadkich Pokémonach, które udało nam się złapać, o zawodzie jaki przeżyłem, siedząc nad Wisłą i nie widząc żadnego wodnego stworka czy o tym, że - o ironio - kościół przy metrze Wilanowska jest Gymem i ostatnio zalągł się w nim Pidgey. Z drugiej strony i tak jestem w pełni usatysfakcjonowany nocnym spotkaniem - nie przeżyłem jeszcze czegoś podobnego jako gracz.

A nie jestem przecież wyjątkiem. Wygląda wręcz na to, że z zapałem potwierdzam regułę. Kiedy w Provo (USA) jeden z trenerów uaktywnił moduły zwabiające Pokémony w dwóch sąsiadujących PokéStopach, na miejscu zgromadziło się niemal 20 osób. Wszyscy rozmawiali o grze, sojusznicy z tej samej drużyny wymienili się numerami i umówili na wspólne wypady, ktoś zrobił pamiątkowe zdjęcie... Jako nieśmiała, introwertyczna osoba uważam, że to niesamowite, że Pokémon Go tak łączy ludzi - napisał użytkownik reddita, który podzielił się historią.Zdarzają się też smutniejsze, ale równie niezwykłe opowieści. W Wyoming dziewiętnastoletnia dziewczyna wybrała się nad rzekę Big Wind, by szukać wodnych Pokémonów i znalazła zamiast tego ciało utopionego mężczyzny. Prawdopodobnie mniej więcej w tym samym czasie, gdzieś w innym stanie, trójka młodych bandytów wymyśliła sobie, że zaczai się przy popularnym PokéStopie i będzie tam obrabiać trenerów. Dwóch osiemnastolatków i siedemnastolatek grozili swoim ofiarom pistoletem; zostali na szczęście złapani przez lokalną policję.Pokémon Go nie ma jeszcze nawet tygodnia, ale wpływ aplikacji na społeczeństwo jest zadziwiający. Lokalne biznesy zdobywają uwagę, reklamując się jako miejsce, w którym gracze znajdą PokéStopa. Muzea służące w grze za Gymy fotografują okoliczne Pokémony obok swoich ekspozycji. Niektórzy ustawiają moduły zwabiające stworki, by przyciągnąć potencjalnych klientów. Posterunki policji podkreślają z kolei, że trenerzy nie muszą wchodzić wewnątrz ich budynku, by skorzystać z dobrodziejstw PokéStopa.Aplikacja już teraz zainstalowana jest na większej liczbie telefonów z Androidem niż, dajmy na to, Tinder. Tak, aktualnie więcej ludzi szuka Snorlaxa niż miłości, randki czy seksu. Popularność gry nieustannie pnie się w górę i wkrótce pod względem aktywności użytkowników dogoni Twittera. I to bez oficjalnego wsparcia Europy. W świetle tych wszystkich rewelacji moje nocne, krótkie spotkanie z kolegą trenerem jawi się jako coś bardzo, bardzo małego. Coś, co byłoby o wiele dziwniejsze, gdyby się nie wydarzyło.Tego Wartortle'a pokonałem - u mnie nic się nie zacinało. Po trzech wygranych sparingach Gym awansował na kolejny poziom, a ja mogłem zostawić w nim swojego Jynxa. PolyOgier* dołączył do wąskiego grona obrońców budynku Sony**.

Po zakończonym zadaniu udałem się w zygzakowatą, okrężną drogę powrotną do domu. Kwadrans później wykluł mi się Tentacool (wiecie, bo ma macki i jest cool), dwadzieścia minut później złapałem Meowtha pod księgarnią, a po połowie godziny uświadomiłem sobie, że "o kurwa, zaraz pierwsza" i chyba zadzwonię rano do Pawła, żeby zapytać, czy mógłbym dzisiaj pracować zdalnie. Nie przeszedłem nawet stu metrów i rzuciłem się w pościg za zlokalizowanym w pobliżu Magnemitem, z którego finalnie nic nie wyszło. Wróciłem do domu równo o pierwszej z 1% baterii w telefonie. Zamiast pójść spać, zacząłem pisać ten tekst.

Kiedy miałem z osiem lat, Pokémony zbierałem nawet na pozłotkach od jogurtów. Do tego zarysowałem trzy zeszyty wymyślonych przez siebie stworków wraz z dokładnymi opisami ich wagi, wzrostu, ataków i właściwości. Moim głównym projektem była natomiast "Księga Pokémon" - niemal sto stron samodzielnie przygotowanych ciekawostek, rebusów, krzyżówek, puzzli (!), błędów ortograficznych i zagadek związanych z tematem, a wszystko to ozdobione kalkowanymi z językiem na wierzchu Pokémonami. Czytelnicy mieli zdobywać odznaki za "testy Pikachu", a na końcu w nagrodę czekałoby "opowiadanie o lidze". Niestety, mimo i tak obfitych rozmiarów, nie dokończyłem "Księgi". Jakiś rok czy dwa później straciłem zainteresowanie Pokémonami, a wszystko po pierwszej generacji stało się czystą egzotyką.

Gdyby ktoś temu ośmioletniemu mnie powiedział, że za 16 lat będę stał o północy pod jakimś budynkiem w środku miasta i trenował złapanego na ulicy Jynxa, jednocześnie rozmawiając z obcym trenerem o Wartortle'u strzegącym tegoż budynku, to albo powiedziałbym, żeby spadał na bambus, albo narobił w gacie z wrażenia. Może oba.

Tak czy inaczej witaj z powrotem, Patryku z 2000 roku. Wiem, troszkę wyłysiałem i nie mam już na rękach tatuaży z czipsów, ale w zasadzie, jak widać, niewiele się zmieniło. Kopę lat.

* bo Paters, Patryk i Kebab były zajęte

** tych, którzy już rozprostowują palce, by zarzucić mi, że bezczelnie reklamuję Sony, chciałem tylko uprzedzić i wytłumaczyć, że ich siedziba znajduje się niecałe półtora kilometra od mojego domu; w świecie Pokémon Go jest to więc jeden z najbliższych Gymów