Ma czadowe czachy na plecach! I super moce! I jest mroczny! Nie, serio, nie myślcie, że Gul'dana wzbogacono o jakiś misternie malowany portret psychologiczny. To po prostu zły oszołom odrysowany od szablonu, ale potrafi wzbudzić grozę i w swej klasyczności jest naprawdę klimatyczny. Mnie ujął. W przeciwieństwie do Travisa Fimmela, który tutaj gra ugrzecznioną i znacznie mniej charyzmatyczną wersję swojego Ragnara z "Wikingów". Czemu to nie jego obsadzono w roli orka?!Idąc na seans, musicie być też gotowi na jedno - nie pośmiejecie się. Chyba że scenę, w której nieporadny adept bawi się kosturem i niechcący uderza nim w zbroję, bo taki jest, cha, cha, nieporadny, uznajecie za zabawną. Ale nawet tego typu "żartów" jest niewiele. To bardzo drętwy film, w którym bohaterowie zapominają trochę bardziej wyluzować, bo tak są spięci całą tą wojną i że Azeroth, magia i w ogóle. Nie liczcie na doskonałą awanturniczość "Przebudzenia Mocy" czy błyskotliwe przedrzeźnianie się bohaterów Marvela. Więcej humoru można było znaleźć w Warcrafcie 3 podczas zaklikiwania poszczególnych jednostek.W kwestii efektów specjalnych w "Warcraft: Początek" zachodzi pewien paradoks. Otóż orkowie i ich obozy wyglądają znacznie lepiej niż ludzie upchani w dziwaczne zbroje i w ogóle całe Azeroth. Serio. Wszyscy krzyczą, że zieloni to takie CGI-e, że łolaboga, ale jak niby lepiej wiernie oddać stworzenia znane z gier? Uważam, że twórcy spisali się tutaj kapitalnie. W starannie przygotowane animacje tchnęli ludzkiego ducha i kiedy patrzymy w twarz Durotana, w jego zaszklone oczy, to widzimy osobę, nie efekt specjalny. Mimika orków, skóra, to jak się poruszają... To naprawdę zasługuje na jakąś nagrodę. Świetnie zrealizowano też ich martwy świat, zbudowane chaotycznie osady czy wielki Portal, który zadowoli wszystkich fanów. Szczególnie tych od WoW-a. Dość powiedzieć, że oglądając go, musiałem powstrzymywać chęć wpisania na nim swojego loginu i hasła.I teraz druga strona medalu. Wszystkie te miejscówki, które teoretycznie powinny być co najmniej poprawne - lasy, pola, miasta - wyglądają sztucznie, jak ulepione z plasteliny. Prym wiedzie tutaj Stormwind, widziane swoją drogą właściwie tylko z lotu ptaka. Kiedy bohaterowie są w mieście, akcję śledzimy z sal pałacowych, nie poznając nigdy tak naprawdę sławnej stolicy ludzi. Nie przespacerujemy się znajomymi uliczkami, nie poczujemy gwaru i zgiełku, a Stormwind pozostanie w naszych głowach jako błyszcząca, pozbawiona życia makieta - brutalnie zamordowana ofiara niskiego budżetu.