Wszyscy wiemy, jak to jest z filmami na podstawie gier. Można o nich rozmawiać długo i intensywnie, można dyskutować, porównywać, analizować, ale ostatecznie zagadnienie sprowadza się do jednej, niewesołej refleksji: lepiej o nich zapomnieć. Jasne, na przestrzeni dwóch ostatnich dekad zdarzył się niechcący Silent Hill czy Mortal Kombat, lecz nawet te filmy musiały być nawiedzone przez swoje garbate, niedorozwinięte sequele. Nie ma przebacz. Trudno zatem patrzeć na filmową przyszłość gier z optymizmem, mimo że projektów, teoretycznie ciekawych, szykuje się całkiem sporo. Postanowiłem jednak wziąć głęboki oddech, otrząsnąć się ze wspomnień o Residentach i innych Maxach Payne'ach, i spojrzeć na nadchodzące tytuły dziewiczym okiem. A nuż któryś się uda? Najbliższa jest premiera Dead Rising: Watchtower, który raczej nie może pochwalić się rozbuchaną kampanią reklamową. Nie będzie to też film kinowy - 27 marca pojawi się w cyfrowej dystrybucji na platformie Crackle. Mniejszy budżet, większa swoboda? Oby, choć udostępniony kilka tygodni temu zwiastun ma świeżość przeciętnego zombiaka. Z drugiej strony: ucieszyć powinna luźna atmosfera filmu. Oznacza to, że reżyser Zach Lipovsky - autor dramatycznie nieudanych horrorów w rodzaju „Diabła tasmańskiego” czy „Leprachaun: Origins” - rozumie ducha serii. W jednym z wywiadów sam powiedział, że zamierza zrobić z Dead Rising Indianę Jonesa z zombie. Uśmiech wywołać może także plakat - bohaterowie dzierżą na nim „młot łańcuchowy” (skrzyżowanie piły łańcuchowej z młotem) i łopatomiecz. Twórcy zdają sobie zatem sprawę, z czego słynie gra, na podstawie której robią film, a to w tym świecie (niestety) już naprawdę dużo. Aktorsko Watchtower raczej nie powali niezapomnianymi kreacjami: z apokalipsą zombie zmierzy się ogrodnik z „Gotowych na wszystko” (Jesse Metcalfe), Czerwony Kapturek z „Dawno, dawno temu” (Meghan Ory) i Ten Koleś z Różnych Komedii (Rob Riggle). Za scenariusz odpowiada natomiast Tim Carter - niespecjalnie znany autor, który jednak ma na koncie Sleeping Dogs. Możliwe w takim razie, że rozumie zależności między grą a filmem lepiej niż 90% osób, które robiły to przed nim. Następne w kolejce - 24 lipca - jest Pixels. Tutaj sytuacja wydaje się znacznie ciekawsza: reżyser „Kevina samego w domu” i dwóch pierwszych Potterów tworzy film będący adaptacją świetnej, pomysłowej krótkometrażówki Patricka Jeana o tym samym tytule. Jeśli dostaniemy coś, co pomysłowością utrzyma poziom pierwowzoru, możemy liczyć na co najmniej ciekawy film poruszający tematykę gier. W obsadzie pojawiają się tak znane nazwiska jak Adam Sandler, Pac-Man, Sean Bean, Donkey Kong czy Peter Dinklage. Columbus w wywiadach podkreśla także, jak ważny jest aspekt wizualny tego filmu i jak wielkie zrobi na nas wrażenie. Cóż, piksele to rzeczywiście wdzięczny i nieporuszany dotąd temat w świecie kina. Paradoksalnie ten retro-element daje szansę na powiew świeżości. A jak wygląda fabuła? Historia obcych, którzy interpretują stare gry z automatu jako wypowiedzenie im wojny i atakują Ziemię w formie pikselowatych bohaterów, teoretycznie jest bardzo głupia, ale w praktyce może okazać się dobrym fundamentem pod bezpretensjonalną komedię z błyskotliwym wykorzystaniem klasyków z automatów. Chciałbym w to wierzyć i będę wierzył - mam nadzieję, że nie tylko do momentu pierwszego zwiastuna. Zaledwie miesiąc później do kin trafi Hitman: Agent 47, czyli kolejny filmowy zamach na bezwzględnego łysola. Wypuszczony ostatnio trailer uświadomił mi, że nie będzie to raczej ani dobry film, ani wierna adaptacja. Trup ściele się gęsto, ale przede wszystkim efekciarsko - wybuchy, strzelaniny na środku ulicy, helikoptery wpadające do budynków Poza sceną przebrania się za policjanta nie ma tutaj nic z cichego zabójcy, z jakim kojarzy się Hitman. Nawet z łysiny go odarli. Szkoda, bo nazwisko Frienda, który zabłysnął dobrą rolą w „Homeland”, z początku dawało nadzieję na coś ciekawego. Teraz nie jestem pewien, czy aktor będzie miał w ogóle czas, żeby robić coś innego poza strzelaniem, groźnymi spojrzeniami i wyginaniem ciała w matriksowych pozach. Zastanawia mnie także postać reżysera - Agent 47 będzie bowiem debiutem Aleksandra Bacha. Jak to się stało, że twórca bez poważnego dorobku otrzymał możliwość zrealizowania tak znanego tytułu? Nie wiadomo. Co ciekawe, Bach jest synem polskiego fotografa. Urodził się w Lublinie i w latach 80. wyemigrował z rodzicami do Niemiec, zatem Polska też w pewien sposób macza palce w potencjalnym gwałcie na Hitmanie. A ten wydaje się nieunikniony. W 2015 ma wyjść jeszcze animowany Ratchet and Clank, ale nie znamy póki co dokładnej daty premiery. Z tym filmem sprawa jest o tyle interesująca, że po raz pierwszy ekranizacji doczekała się gra przeznaczona dla dzieci. Czy to nie dziwne, kiedy się nad tym zastanowić? Deweloperzy przez lata spłodzili mnóstwo wspaniałych, charyzmatycznych bohaterów, ale żaden nigdy nie wszedł do kin, mimo że ich uniwersa zdają się idealną piaskownicą. Zawsze tylko te zombie i pseudopoważne, napompowane tytuły, z których wychodzą celuloidowi troglodyci. Czemu nie wziąć na warsztat luźniejszych tematów? Czemu dzieje się to tak późno? Dlatego premiera Ratchet and Clank zdecydowanie cieszy - przeciera nowe szlaki i ma szansę przerwać złą passę filmowych wersji gier. W proces twórczy zaangażowani są oryginalni autorzy serii z Insomniac Games - w tym TJ Fixman, który napisał scenariusze do wszystkich odsłon, a teraz przygotował filmową adaptację. Fabuła Ratchet and Clank zreinterpretuje wydarzenia z pierwszej części, dodając jednocześnie wątki z następnych odsłon. W znane postaci wcielą się ci sami aktorzy co zawsze. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Co może pójść nie tak? Najważniejszą i najpewniejszą premierą 2016 roku jest - wreszcie, nareszcie - Warcraft. Pierwsze wzmianki o tym filmie pojawiły się już w 2006, więc aż trudno uwierzyć, że adaptacja hitu Blizzarda faktycznie powstała. Przez te wszystkie lata zawsze wydawała się bardziej mrzonką niż realnym dziełem, a teraz proszę: mamy datę (11 marca 2016), pierwsze plakaty, część obsady i zwiastun(y) na horyzoncie. Reżyser Duncan Jones, znany głównie z Kodu nieśmiertelności, zastanawia się, czy nie wypuścić dwóch osobnych trailerów - dla Przymierza i Hordy. Trzeba przyznać, że byłby to świetny sposób na rozpoczęcie solidnej kampanii reklamowej. Jones zapewnia również, że ani oryginału będą satysfakcjonowani - reżyser bardziej martwi się o publikę niezaznajomioną z uniwersum, bowiem chciałbym pokazać im, że to jest film także dla nich. Wszyscy wiemy, jak to jest z filmami na podstawie gier. Można o nich rozmawiać długo i intensywnie, można porównywać, krytykować, analizować, ale ostatecznie zagadnienie sprowadza się do jednej, niewesołej refleksji: lepiej o nich zapomnieć. Jasne, na przestrzeni dwóch ostatnich dekad zdarzył się niechcący Silent Hill czy Mortal Kombat, lecz nawet te filmy musiały być nawiedzone przez swoje garbate, niedorozwinięte sequele. Nie ma przebacz.