I z czym człowiek zostaje po tej krótkiej podróży? Z wielkim bałaganem w głowie, gulaszem z symboli i naręczem tropów interpretacyjnych. Być może niektórzy poczują się wtedy jak dziecko w Disneylandzie czy też Cooper w RR Diner, osobiście uważam jednak, że twórcy zbyt ostentacyjnie podeszli do tematu - wrzucili do swojej historii tyle zawijasów, że nawet nie chce się zbytnio tego bałaganu interpretować. Motywacją mogliby być jeszcze bohaterowie, ale z nimi przez dwie poszatkowane, zwariowane godziny tak naprawdę trudno się było zżyć. Historia zostawia coś w głowie, niestety jest to głównie niedosyt.Dominik Gąska: Autorzy Virginii na samym początku listy płac dziękują Brendonowi Chungowi, twórcy gry Thirty Flights of Loving. I chwała im za to, bo inspiracje tym tytułem są oczywiste. Przede wszystkim w sposobie prowadzenia narracji, filmowych cięciach, kompletnej rezygnacji z dialogów. We wszystkim tym Virginia wykorzystuje wizję Chunga, ale nie robi tego odtwórczo. Jest bardziej spójna, konkretniejsza i pełniejsza. Nie unika przy tym i wad Thirty Flights of Loving. „Pretensjonalna”, można powiedzieć, „niepotrzebnie niezrozumiała”, „maskująca fabularną pustkę formalnymi sztuczkami”. Można powiedzieć, ale o ile po 13-minutowej grze Chunga czułem się oszukany, tak Virginii wszystko to wybaczam. „To coś, co działa bardziej na poziomie emocjonalnym niż intelektualnym”, napisało Rock Paper Shotgun. I albo na was zadziała, albo nie, ale spróbować i się przekonać na pewno warto.Ale zejdźmy na chwilę na ziemię, zostawmy wizje rodem ze snów i spójrzmy na aspekty techniczne Virginii. Należy podkreślić, że gra oferuje szczątkową interakcję. Zazwyczaj jesteśmy uczepieni na króciutkiej smyczy; na przykład chodząc po mieszkaniu, możemy użyć tylko jednego elementu posuwającego akcję do przodu. Rozgrywka sprowadza się więc do wędrowania kursorem po otoczeniu i czekaniu na ikonkę, która zasygnalizuje, że to właśnie tu powinniśmy kliknąć. I z jednej strony chciałoby się więcej możliwości grzebania w świecie przedstawionym, a z drugiej łatwo wyobrazić sobie, jak zaburza to wartkie, filmowe tempo przygody.