A przecież jest tylko archeologiem, który wybrał się na wyprawę w poszukiwaniu mitycznego nasienia życia, który cudem uniknął utonięcia i trafił do krainy, której chyba nie miał na swojej mapie. Trzeba jednak przyznać, że metalowe nogi szybko stają się jego drugą naturą a mniejsze lub większe przestrzenie pozwalają mu poszaleć, testując znalezisko.Znalezione urządzenie pozwala mu robić jeszcze coś, co aż prosi się o skopiowanie i rozwinięcie w grze z większym budżetem. Egzoszkielet sprawia, że bohater jest w tytułowej dolinie dawcą i biorcą życia. Może ożywiać martwe rośliny i zwierzaki (bez szaleństw, malutko ich tu, więc o stadnych gonitwach można zapomnieć), ale i robić coś odwrotnego. Jego "ciuch" potrzebuje energii do dalekich skoków czy bujania się na linie, a tej czasem może zabraknąć. Choć raczej w teorii, bo mi się to nigdy nie zdarzyło. Dość szybko znajduje się kolejne ulepszenia i do samej końcówki braki energii nie są problemem. Ekipa Blue Isle najwidoczniej nie chciała, by gracz ciągle kalkulował wydatki energii. I bardzo dobrze.Aczkolwiek, o ile Valley pozwala dzięki zwiększonej mobilności poczuć się nadczłowiekiem, to mimo oddania graczowi władzy nad życiem i śmiercią, nie daje mu poczuć się bogiem. Sygnalizuje ten element, ale gra jest zbyt uboga by miał on rzeczywisty ciężar. Jest ciekawostką, o której pamięta się, gdy kilka razy zdarzy się zginać (utonąć, spaść w przepaść), a od poziomu "zdrowia" krainy zależy czy gracz zostanie wskrzeszony. Ale gdy ten spada, wystarczy ożywić kilka pnączy i drzewek, by o sprawie znów zapomnieć.Pierwsze dwie godziny z Valley mocno kojarzyły mi się z Flower. To nie ten sam poziom oprawy, ale harce po lasach i dolinach miały w sobie dużo kojącej aury. Nie miały w zasadzie żadnego większego celu niż sprawienie mi frajdy kolejnym długaśnym susem, sprintem od punktu A do B, ulepszeniem kombinezonu czy budowlą sugerującą, że tytułowa dolina nie jest tak pierwotna, jak mogłoby się wydawać. Nie ma w tej grze wielu klasycznych mechanik. To w dużej mierze kolejny "symulator spacerowicza" tyle, że pokonywany z nadludzką sprawnością.Od czasu do czasu trafiałem na audiologi czy notatki dające poczucie, że na odkrycie czeka tu jakaś tajemnica. Była szansa na fantastyczną historię o mitycznych olbrzymach, nasieniu dającym życie światom, ale mogącym je również odebrać i mocach, o których nam się nie śniło. Niestety autorzy zdecydowali się z każdym kwadransem coraz bardziej dryfować w stronę zimnowojennej sztampy, z szalonym profesorem ścigającym się z projektem Manhattan do wynalezienia broni ostatecznej w roli głównej. To głównie jego echa śledzimy później w masie notatek.Gra zamieniła zachłyśnięcie się wolnością przemierzania kolorowej i tajemniczej krainy na tunele opuszczonych, wojskowych instalacji. Nie aż tak tajemnicze, za to pełne nudnej rdzy, bliźniaczo do siebie podobne i zdecydowanie zbyt ciemne. Zachwyt możliwością ożywiania krainy został zastąpiony przez odbieranie życia... czemuś. Już nie naturalnym rojom, które atakowały gracza na początku, ale zjawom, które samym swoim pojawieniem się atakowały zarówno bohatera, jak i płynność animacji.Przejście Valley zajęło mi 5 godzin, ale o ile pierwsze 3 łyknąłem na raz, tak resztę odwlekałem. Odkładałem pada, gdy czułem znużenie identycznymi korytarzami czy pokojami z hurtowymi ilościami notatek do przeczytania. Czułem się trochę jak gazela, która wpadła w sidła. Kombinezon dostawał kolejne ulepszenia - bieganie po wodzie, ścianach, linka pozwalająca udawać Tarzana w określonych miejscach - ale zamiast swobody czułem, że jestem coraz mocniej wtłaczany w tryby opowieści, która nie interesowała mnie nawet w połowie tak, jak zwiedzanie świata i zbieranie żołędzi czy medalionów dających dostęp do odgrodzonych miejsc.I dlatego ostatecznie ocena jest, jaka jest. Dopiszcie Valley do listy indyków, którym warto dać szansę, gdy traficie na nie w jakiejś wyprzedaży, bo gdy nie zamyka nas w podziemnych halach, potrafi sprawić sporo frajdy. Chciałbym, by ktoś podpatrzył kilka elementów i pozwolił im rozwinąć skrzydła w projekcie z nieco wyższej półki budżetowej.