Tak zaczyna się przygoda, która prowadzi nas od tajemniczej koperty, wciśniętej w dłoń Harpera przez napotkaną w miasteczku nieznajomą, aż po ogólnokrajowy spisek. Historia zatacza coraz szerszy krąg, angażując w wydarzenia całą plejadę ciekawych, czasami bardzo dziwnych postaci. Tutaj od razu wspomnę o najsilniejszej stronie Unforeseen Incidents – kwestie dialogowe. Aktorzy, z Matthew Curtisem na czele oraz Jessiką Carrol w roli charyzmatycznej dziennikarki Halliwel, wypadli naprawdę świetnie. Zarówno jakość ich głosów jak i emocje, które odgrywają, są na poziomie głośnych produkcji dużych studiów.A gra jest przecież debiutancką produkcją niemieckiego studia Backwoods Entertainment, stworzonego przez trzech deweloperów: Marcusa Bäumera, Matthiasa Nikutta i Tristana Bergera. I jeśli ktoś chce rzucić kąśliwą uwagę o sztywnym niemieckim poczuciu humoru, niech lepiej zawczasu ugryzie się w język. Unforeseen Incidents jest doskonale napisane. Rozmowy między postaciami służą nie tylko wprowadzeniu w zagadki, ale też budują ich osobowość i relacje.Harper zdaje się z początku takim typowym głównym bohaterem, everymanem, który naprawdę nie ma ochoty angażować się w jakieś spiski. Ma czarne poczucie humoru typowe dla ludzi, którzy są wyluzowani, ale też czują się trochę przegrani i ze stoickim spokojem konstatują fakt, że w życiu nie osiągną zbyt wiele. Ale z drugiej strony – niewiele też od życia wymagają. Oczywiście, okoliczności zmuszają Harpera do czynów przekraczających jego psychiczną wytrzymałość i ambicje, co zawsze podsumowuje celną uwagą w stylu: "What the hell?!".Gra aktorska i kwestie, jak już wspomniałam, są doskonałe. I tylko dzięki nim mamy możliwość polubienia bohaterów, ponieważ ich graficzne przedstawienie jest nad wyraz skromne. Czasami aż żałowałam, że grafik nie narysował więcej wariantów twarzy Harpera czy Halliwel. Są one statyczne, animowane są tylko oczy i usta, co przy żywych dyskusjach powoduje, że powstaje rozdźwięk między tym, co słyszymy a tym, co widzimy. Ale powiem wam, że wolałabym już, żeby cała gra była jak karty komiksu, bo kiedy postacie się poruszają, wygląda to po prostu koszmarnie.Grze wyszłoby na dobre, gdyby w ogóle nie było animacji, niż te kiepskie, bardzo nienaturalne ruchy. Harper przemierza lokacje w żółwim tempie, a kiedy idzie po schodach, spływa jak duch, czasami wręcz nie dotykając stopami podłoża.Kiedy nikt się nie rusza i patrzymy na planszę i postacie, wszystko wygląda pięknie. Całość została ręcznie narysowana przez Matthiasa Nikuttę i najlepiej prezentuje się w oddaleniu. Ale kiedy podczas rozmowy następuje zbliżenie na twarze bohaterów, widać, że są one tylko przeskalowane, a nie ponownie narysowane. Mają mało szczegółów. To trochę psuje ogólny efekt, który jest dobry.Jeśli chodzi o zagadki, to są one dobrze wyważone. Jak to w point'n'clicku z hidden object, przy każdej nowej lokacji trzeba "lizać ściany", ale na szczęście klawisz spacji podświetla na chwilę wszystkie aktywne elementy na planszy. To sporo ułatwia, bo nawet jeśli utkniemy przy jakiejś zagadce, przynajmniej wiemy, że nie jest to kwestia malutkiego kabelka wystającego zza doniczki, którego podczas omiatania kursorem nie zauważyliśmy.Przeszkadzała mi organizacja ekwipunku, który był wyświetlany na górze ekranu i nie był zbyt wygodny w nawigacji. Czasami przydałby się też opis przedmiotów. Brakowało mi też dziennika, bo mimo że naraz zadań nie było wiele, wszak to nie RPG, to jednak po przerwie zdarzyło się, że nie pamiętałam wszystkiego, co mam zrobić.