Scenariusz nie jest może szczytem oryginalności, ale sprawnie przeplata wydarzenia, by intrygować gracza. Będziecie tu Jamesem Bondem w smokingu wśród towarzyskiej śmietanki, innym razem skopiecie tyłek pewnemu pendejo w przebłysku Prison Breaka... Przede wszystkim jednak Kres Złodzieja to znowu powrót do przygód, które mógłby przeżyć Indiana Jones. Tylko bez węży. W ogóle jakoś mało tu zwierząt...Gra zabiera nas w różnorodne, niezmiernie ciekawe miejsca, które rzucają nowe światło na początkowe gonienie za pirackim skarbem. Nie wyliczę ich, sami je odkryjcie. Trudno byłoby przebić El Dorado czy Szambalę, ale choć na początku sam trochę krzywo patrzyłem na kolejny skarb kolejnego pirata, to pod koniec byłem zachwycony. Po pierwsze samą historią, którą gra rozwijała wokół Avery'ego, a po drugie miejscówkami. Jest co zwiedzać, jest się czym wizualnie zachwycić, a autorzy dopilnowali też, by nie wszysto było tu tak proste jak poprzednio. Co rejon, to nieco inne podejście do tematu otwartego świata. Uncharted 4 nie jest znowu korytarzówką, w której gdy nie strzelamy, to czujemy się mocno prowadzeni za rękę. Czasem nią bywa, ale na ogół mamy tu akurat tyle swobody, by dojść tam gdzie trzeba na kilka sposobów i mieć frajdę z odkrycia własnego.I tutaj znów olbrzymi pokłon. Tym razem dla projektantów lokacji, którzy tak to wszystko zapletli, że z jednej strony niby wiemy gdzie iść, a z drugiej czujemy się jak odkrywcy nowego szlaku. W temacie gmatwaniny ścieżki na metrze kwadratowym, Uncharted 4 dogania najlepsze Tomb Raidery, a gracz, gdy już przejdzie jakiś fragment, może tylko zachwycić się tym, ile skakania, gibania na krawędziach i ślizgów po grząskim stoku dało się w nim zmieścić.