Okej, ale załóżmy, że znalazłem chętnych. Bo z ręką na sercu muszę przyznać - nie zdarzało się to często. Każdy próbuje w jakiś sposób odróżnić swojego najemnika w masce gazowej od reszty. Niektórzy szarpnęli się nawet na płatne skórki ze znanymi bohaterami głównej serii. Nazywam ich w myślach eskapistami (kłamię, bo w myślach używam zdecydowanie mniej wyszukanego słownictwa). Ten bierze jakiś karabinek, ten jakiś inny, ja po prostu klikam, że jestem gotowy. Nie widzę sensu w wyborze, wszystko zlewa mi się w jedną breję po kampanii w singlu.Gdy gra się ładuje, wyobrażam sobie burzę mózgów w Capcom. Panowie, ja sądzę, że jeżeli chcemy zrobić sieciowego Residenta, to powinniśmy zdrowo pokombinować. Pozwólmy postaciom przyklejać się do osłon, ale żeby wiedzieli, że mogą to zrobić, podświetlajmy im każdą mijaną ścianę czy skrzynkę. A ja uważam, że damy małe i ciasne mapki, bo tego dawno nie było, że uczyli się lokacji na pamięć po trzech rundach. Moim zdaniem kamera zza pleców to już przeżytek – przyklejmy ją do ucha postaci, by nie widziała niczego poniżej swojej klatki piersiowej. Ale będzie ubaw, jak piesek ją zagryzie z zaskoczenia i zginie.Oklaski rozbrzmiewają wokół okrągłego stołu. Entuzjazm rośnie, garniturki pozwalają sobie na wypowiedzenie najbardziej skrytych pragnień. A zombie wrzućmy do lokacji tylko po to, żeby stały i martwym wzrokiem obserwowały przebieg meczu. Projektanci mają już siedem plansz, na tym poprzestańmy, utniemy trochę kosztów. Wczoraj nasz kompozytor miał depresję i grał na fortepianie – to będzie idealny utwór pod nasze deathmatche. A wiecie co? Zróbmy tak, jak w tym-tym, co esportowcy grają, że będzie jedno życie!Pojedynek się zaczął. Trzech na trzech. Ja, drugi ja, trzeci ja na trzech ja w przeciwnej drużynie (ale jeden z głową Leona). Zza winkla wychyla się któryś ja i strzela. Dostaję, umieram. Koniec pojedynku.W teorii znajdziemy tutaj dwa główne tryby rozgrywki. Deathmatch trzech na trzech, o którym już wiadomo, jak często przebiega. Albo drużynowe wykonywanie zadań. Trzech zadań w sumie: zabijanie zombiaków, przejmowanie punktów kontrolnych (stój przy antence kilka sekund) lub szukanie walizek z „Pulp Fiction” (bo nie wiadomo z czym w środku). Dużo fajniejsza opcja, ponieważ nie ograniczona do jednego życia. Robimy swoje oraz przeszkadzamy jak najmocniej drużynie przeciwnej. Walczymy o chwałę i punkty rankingowe, by wspinać się po drabinie mistrzów Umbrella Corps. Takiej bez szczebli.„Redaktor lama, grać nie potrafi, skilla mu ewidentnie brakuje!”. Nie czuję potrzeby obrony. Jestem osobą głęboko wierzącą w wyższy sens poświęcania czemuś cennego czasu. W przypadku gdy całe staranie ląduje w śmietniku, należy dostrzec błędne koło i je w te pędy przeciąć. Na Steamie regularnie do Umbrella Corps powraca plus-minus stu graczy na całym świecie. Tylu klientów pani w Żabce ma w ciągu godziny swojej zmiany.