W Rising nie ma już śladu po niewielkim hangarze, w którym umieszczono wszystkie tory z pierwszej odsłony serii. Teren akcji stopniowo zwiększał się w kolejnych odsłonach, aż urósł do rozmiarów... kuli ziemskiej. Efekt skali to pierwsze, co rzuca się nam w oczy – nieco większa premierowa cena (100 zł zamiast standardowych dla serii 65) nie jest wyłącznie efektem inflacji. To zaskakująco spora i pękająca w szwach od zawartości produkcja, na każdym kroku zasypująca nas nowymi mapkami i wyzwaniami.Plansze rozłożone są tym razem na obszarze całej kuli ziemskiej, a ich wygląd nawiązuje do rzeczywistych miejsc. Norwegia to fiordy, Paryż pozwala na prześlizgnięcie się koło wieży Eiffla, okolice Valencii przypominają nam o corocznej La Tomatinie, a Bukareszt zachwyca Starym Miastem. Zróżnicowanie geograficzne jest przepotężne, nawet jeżeli nie wszystkie plansze są aż tak charakterystyczne jak przytoczone przykłady. Niemniej każa z udostępnionych jest co najmniej dobra. To imponujące zwłaszcza w kontekście tego, że torów jest łącznie 117. I na tym nie koniec, bo ponownie mamy jeszcze edytor, z którego społeczność wyciśnie zapewne sporo dodatkowych godzin.Strukturalnie kampania to po prostu seria mistrzostw, na które składa się każdorazowo kilka wyścigów. Przechodzimy je sobie na czas, zbieramy medale i na koniec bierzemy udział w stadionowych finałach, gdzie pokonać trzeba kilku oponentów w złożonym z trzech rund wyścigu. Warto przy tym dodać, że najczęściej dostęp do kolejnych wyzwań blokuje nam nie tyle liczba zdobytych medali, co poziom konta. Za każdy przejazd dostajemy bowiem punkty doświadczenia i pieniążki, które wymienimy na skórki, względnie dwa dodatkowe pojazdy.Czasem więc siłą rzeczy trzeba tu nieco pogrindować, ale nie jest to aż tak odczuwalne dzięki kontraktom – to dodatkowe zadania pojawiające się po spełnieniu określonych warunków, na przykład kupno konkretnego pojazdu. Niektóre to czasówki, inne każą nam zrobić konkretną liczbę back- i frontflipów, a przy tym nie przekroczyć dopuszczalnej liczby błędów, jeszcze inne każą po prostu zaliczyć trasę konkretnym pojazdem. To o wiele ciekawsze rozwiązanie, niż szlifowanie jednej planszy cały dzień i zastanawianie się jak tu jeszcze uszczknąć parę sekund. Zwłaszcza, że poziom trudności w Trialsach rośnie stopniowo, a zatrzymuje się dopiero w okolicach morderczego.Na tym lista atrakcji zdecydowanie się nie kończy, bo mamy też misje szkoleniowe. Samouczki nie są wbrew pozorom przeznaczone wyłącznie dla żółtodziobów. Rzeczywiście uczą jak dokonywać niemożliwego i pokonywać przeszkody na pierwszy rzut oka nie do przebycia. Bez opanowania odpowiednich technik, trudno będzie się przez nie prześlizgnąć choćby na minimalną ocenę. Mamy też dodatkowe minigierki polegające przykładowo na wyskakiwaniu z siodełka i robieniu wsadów czy przeróbkę skoków narciarskich, polegającą na odbijaniu się od beczek z benzyną. Liczba dostępnych aktywności jest gigantyczna.Twórcy zdecydowali się też mocno rozbudować kosmetykę dotyczącą pojazdów i naszego bohatera. To system co prawda zbudowany pod mikropłatności i loot boksy, ale przy tym w pełni opcjonalny. Chociaż pieniążki wpadają do kiesy stosunkowo powoli, kolejne skrzynki dostajemy z każdym zdobytym levelem i nie ma problemu z tym, żeby rozbijać się po planszach zielonoskórym ziomkiem w masce rodem z Anthema, ubranym w legisy i dżinsową kamizelkę. Można też zaprojektować ozdobne naklejki, a i w trakcie grania trafimy w skrzynce też jakąś nową, ładną ramę. Mimo wszystko nie czuć, że ktoś usilnie próbuje grzebać nam w portfelu.Odrobinę ponarzekać można tylko na ceny dwóch opcjonalnych pojazdów, na które zbiera się mimo wszystko dość długo, ale w międzyczasie za postępy w kampanii odblokujemy też trzy inne. Poza tym nie różnią się one od reszty osiągami, a ich odblokowanie zaowocuje co najwyżej wspomnianymi już nowymi wyzwaniami. Mikropłatności można zatem (szczęście w nieszczęściu) uznać za stosunkowo niegroźny byt, co przy dzisiejszych standardach postrzegać należy jako zaletę.Oprócz zabawy w trybie kampanii mamy też multiplayer, który z racji testowania gry przed oficjalną premierą (ta odbędzie się już jutro) widzialem tylko za pośrednictwem bety. Dostajemy w zasadzie to samo, co stadionowe mistrzostwa z botami, a jedyna różnica polega na tym, że żywi gracze mają większą skłonność do walenia głową w ziemię. Zabawa w gruncie rzeczy jest dość analogiczna do tej znanej z singla, może poza tym, że jest mniej przewidywalna.