Pamiętam, że mieliśmy dużą, pewnie z 6 metrów kwadratowych, makietę kolejową. Ale nie jakieś Tomki czy inne Lego Duplo, a porządną makietę, po której żwawo śmigały popularne wtedy „tetetki”. Kiedy przełączało się zwrotnicę, dodatkowo zapalał się semafor. Dzięki sprytnie wmontowanym pod tory czujnikom, kiedy pociąg dojeżdżał do skrzyżowania z jezdnią, opuszczały się szlabany. Do tego było parę miasteczek, lasy, góry z tunelami (oczywiście oświetlonymi). Pełna profeska.Dzięki Trains VR warszawskiego studia The House of Fables mogłem na chwilę wrócić do tych czasów. Może nie dosłownie, bo to jednak w miarę prosta gra, jeśli chodzi o mechanikę. Budujemy tory, zbieramy gwiazdki i prowadzimy pociągi do stacji. Czasem jest ich kilka, więc dodatkowo trzeba dbać, żeby w siebie nie powjeżdżały.Jednak łatwa pod względem mechaniki wcale nie oznacza łatwa w ogóle. Przez pierwsze poziomy przechodzi się dość sprawnie i w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy gra nie jest zbyt prosta. Na szczęście później sprawy nieco się komplikują. Trzeba kombinować z kolejnością pociągów i zbieranych przez nie gwiazdek, tworzyć pętle, żeby przepuścić inną kolejkę albo korzystać z torów i tuneli umieszczonych na planszy przez twórców.Tutaj zawrócić, tam przestawić zwrotnicę. Łatwo się w tym pogubić, ale na szczęście pociągi można w dowolnym momencie zatrzymać. Oczywiście wszystkie na raz, bo nie ma opcji zjechania na bocznicę, zatrzymania jednej lokomotywy, puszczenia drugiej, zawrócenia i kontynuowania gry. A ile frajdy sprawia przełączenie się na widok z perspektywy maszynisty i podziwianie, jak krajobraz przesuwa się za oknem.Tak, Trains VR to bardzo przyjemna gra logiczna, przy której można spędzić miłe godziny, ale powiedzmy sobie szczerze – gdyby był to kolejny mobilny tytuł, albo nawet gra na PC czy konsole, aż takiego wrażenia by nie robił. Tutaj robotę robią gogle, a właściwie perspektywa oferowana przez wirtualną rzeczywistość. Oculus GO co prawda nie zapewnia świetnych doznań audiowizualnych i nie rewolucjonizuje sterowania (kontrolerem gra się wygodnie, ale pad, ekran dotykowy czy mysz sprawdziłyby się równie dobrze), ale sprawia, że znowu można poczuć się jak ten dzieciak stojący nad makietą i przestawiający zwrotnice.To taki niesamowicie przyjemny powrót do dawnych czasów, co dodatkowo potęguje fakt, że zarówno menu wyboru poziomów, jak i one same, mają formę stołu z drzewami, tunelami, domkami i innymi elementami, które skrzętnie montowało się na tej prawdziwej makiecie.