Dojechać - dojedziesz, ale zawadź błodnikiem o jakiś kamień, źle wyląduj, przeszarżuj z driftem i o najcenniejszych medalach możesz zapomnieć. Ależ to wkręca, gdy ambicja nie pozwala rozstać się z trasą bez zdobycia złota. Po kilkunastu próbach (błyskawiczny restart wyzwania pod "kółkiem") co prostsze zakręty i przeszkody pokonuje się już na pewnym autopilocie, skupiając się na zidentyfikowanych wcześniej miejscach, w których o pomyłkę i zaprzepaszczenie trudu najłatwiej.Gra pędzi w 60fpsach, a żaden z dostępnych wozów nie należy do powolnych - na reakcję ma się tu ułamki sekund. Kampania nie jest miejscem na relaks, ale też nie frustruje. Prędkość, kolorowa oprawa i opcja błyskawicznego restartu sprawiają, że podejmowanie kolejnych prób nie wymaga namysłu. A na mecie czeka (albo i nie) potężna satysfakcja z bezbłędnego przejazdu. To, że trasy są zakręcone, widać na filmikach i obrazkach. Nie spodziewałem się natomiast jak kapitalne znaczenie dla prowadzenia wozu będzie mieć tu typ nawierzchni. Asfalt, żwir czy trawa to w Trackmanii nie tylko inne kolory, by nie znudzić oczu. A autorzy lubią to perfidnie wykorzystywać, przeplatając trasy różnymi nawierzchniami.Najbardziej szatańskie jest wyłożenie środka asfaltem, by gracz cisnął tam gaz do dechy, wierząc w przyczepność wozu, a boków żwirem czy piaskiem. Chwila dekoncentracji i gigantyczna prędkość, na którą pozwalał asfalt, wbija gwóźdź do trumny, gdy koła trafią na luźniejszą nawierzchnię i o kontroli nad pojazdem będziemy mogli zapomnieć. Nie brakuje innych perfidnych zagrań jak ustawienie słupa na samym środku trasy, serii hopek, po których trzeba lądować idealnie na zeskoku, by mieć szanse wejścia w zakręt czy chociażby dziur w jezdni, przez które dosłownie wypada się z rywalizacji. Pewnie, na trasie są rozłożone dopalacze, ale są też miejsca odcinające moc silnika czy wręcz hamujące gracza. To taki typ gry, która po prostu często stara się nas wkurzyć. Frajda z ominięcia pułapek jest jednak wystarczającą nagrodą.