A lootboksy? Niewykluczone, że pojawią się w grze, ale na podobnej zasadzie, jak to było w World of Tanks - będą zawierały jedynie kosmetykę. Na razie jednak obserwujemy rynek i czekamy na reakcję rządów, które zaczęły interesować się tematem.I jeśli cała armia ze sobą współpracuje, to tego typu akcji jest naprawdę sporo i dają dużą satysfakcję. Powiem więcej – w takim przypadku Arena jest starym, dobrym Total Warem odzianym w nieco inne szaty. Tylko, że mamy jeden problem…Niestety, to wszystko rozbija się właśnie o współpracę z innymi graczami. Jasne, na pokazie, kiedy 20 dziennikarzy siedziało obok siebie, mogliśmy bez problemu się komunikować i koordynować swoje działania. Czyichś hoplitów zachodzili z flanki, to krzyczał do kumpla obok, żeby podesłał kawalerię na odsiecz. Słonie zostawały w tyle? Poczekajcie, chłopaki! Brzmiał czyjś głos.Podczas gry z losowo dobranymi towarzyszami tego nie ma. Jest zwykły chat, można „pingować” mapę, ba, można nawet po niej rysować. Ale mało kto na te elementy zwraca uwagę. Szczególnie w ferworze walki, kiedy 10-osobowa drużyna stara się jakoś to wszystko ogarnąć. Choć tutaj muszę zwrócić uwagę na fakt, że w wersję z pokazu graliśmy tylko lokalnie, a opisywane przeze mnie problemy dotyczą organizowanych co jakiś czas "półotwartych" weekendów.Tym sposobem nie raz zdarzało się, że piechota szarżowała na przeciwnika, którego właśnie ostrzeliwali moi wygodnie rozmieszczeni na wzgórzu łucznicy. A to jednak Total War, więc friendly fire jest włączony. I na nic zdały się moje prośby pisane na chacie. To trochę jak w czołgach czy samolotach – w pewnym momencie włącza się żądza krwi i fragów, która przesłania zdrowy rozsądek. Bo to ja zdobędę punkty. To ja będę wyżej w rankingu. To ja dostanę pieniądze i XP.I jasne, przywykliśmy do tego w grach sieciowych; nawet specjalnie już na to nie narzekamy, ale Total War: Arena to jednak coś innego. Tutaj armia musi współpracować, żeby osiągnąć zwycięstwo. Tutaj trzeba pogodzić się z faktem, że dowodząc łucznikami niekoniecznie będziemy „zerować” każdy oddział wroga. Raczej go zmiękczymy, przygotujemy pod szarżę kawalerii, dodatkowo wspieranej przez oddziały włóczników. Po prostu trzeba zrozumieć, że jesteśmy tylko częścią większej grupy, której poszczególne elementy mają się uzupełniać, a nie działać samodzielnie.Tak naprawdę w tym wszystkim brakuje funkcji dowódcy, który trochę jak „commander” w Battlefieldzie 4, pokaże ludziom, gdzie mają iść i co robić, samemu nie uczestnicząc w rozgrywce bezpośrednio. Brakuje też więcej trybów, bo na razie możemy jedynie walczyć do upadłego, ewentualnie zdobyć bazę przeciwnika. A najbardziej brakuje w tym wszystkim czegoś na kształt globalnej kampanii, z mapą strategiczną, na której frakcje graczy walczą o wpływy.