W kreacji agenta i tego, jak będziemy sobie radzić z gangami Manhattanu, Ubisoft zostawia nam wolną rękę. Zamiast klas postaci mamy specjalne umiejętności zgrupowane w trzech dziedzinach z grubsza odpowiadającym archetypom medyka, szturmowca i gościa od wsparcia. Z każdej możemy wziąć to, co nas interesuje. Ale ich rozwój jest związany z rozbudową głównej bazy i jej trzech skrzydeł: medycznego, technicznego oraz służącemu ochronie. Każde ma "swoje" rodzaje potyczek. Nie wystarczy po prostu wyjść na ulicę i strzelać, by rosnąć w siłę. Odblokowanie ostatecznej umiejętności każdego "drzewka" wymaga wybudowania 100% ulepszeń skrzydła.Niestety, potyczki, o których mowa, powtarzają się przez całą grę bez żadnych istotnych zmian. Tytułowi tego kalibru aż takie "kopiuj+wklej" nie przystoi. Poza zadaniami fabularnymi (wykonujemy je, kiedy chcemy), The Division oprowadza nas po Manhattanie w klasycznym dla produkcji Ubi stylu. Znajdź kryjówkę, odkryj dotyczące jej (te same, co poprzednio) misje na mapie, zalicz i idź do następnej kryjówki. Schemat jest problemem, ale większym są banalne, słabiutkie pomysły na te zadania. "Tom Clancy" w tytule, kapitalnie odwzorowany Manhattan w obliczu zagrożenia pewnie bardziej realnego niż nam się wydaje, a agenci co? Biegają przez 2 minuty pomiędzy trzema skrzyniami z zapasami, strzelając w kierunku, z którego kod wyrzuci następną falę przeciwników.Żeby było dziwniej, oni nie chcą jej ukraść dla siebie, ale zniszczyć. Eee? Potem agenci szukają drogi na dach wieżowca bez możliwości po prostu wytłuczenia jej sobie przez okna i klatki schodowe. Są jak mysz w labiryncie szukająca kolejnych kawałków sera, która musi podążać ściśle wytyczoną trasą. Niezniszczalne okna, ogrodzenia, możliwość wspinania się tylko tam, gdzie przewidzieli to autorzy - ok, to normalne elementy wielu gier, ale do The Division wybitnie nie pasują.Albo na poważnie bawimy się w realny scenariusz w prawdziwym mieście albo wrzucamy gracza do kolejnego "laboratorium", w którym musi być posłuszny nielogicznym zasadom. No, ale trzeba odbębniać potyczki, by baza się rozrastała, poziom postaci rósł, a kolejne umiejętności i ich modyfikacje stawały się dostępne. Oczywiście najlepiej grać z kumplami. Byle różnica poziomów nie była zbyt wielka. W ostateczności bardzo łatwo jest tu dołączyć do grupy obcych graczy. Każda misja fabularna oferuje matchmaking, a każda kryjówka laptopa, który umożliwia wyszukanie gromadki, w której kogoś brakuje. Ale uwaga - nagrody za misje są jednorazowe. Punkty na rozbudowę skrzydła w bazie dostaniecie raz. Tak samo jak punkty doświadczenia za misję poboczną. Nie da się farmić, więc najlepiej po prostu grać w jednej ekipie i zaliczać wszystkie zadania razem. Chyba, że macie już maksymalny poziom i ważny jest tylko loot.No właśnie - The Division nie jest grą do przejścia. To gra do grania. Bo zawsze jest ten lepszy gnat czy pancerz do zdobycia. To nie jest kolejne political-fiction od Ubisoftu, w którym po zaliczeniu kampanii jesteśmy syci, a rozgrywkę w sieci zostawiamy innym. Ba, bez działającego łącza nie pogracie tu nawet samotnie.Cieszy mnie, że to cholernie kompetentna zabawa, jeśli idzie o tematykę taktycznych strzelanin, w których system osłon odgrywa kluczową rolę. Starcia w fabularnych misjach dają do wiwatu (choć nie są nie do przejścia, spokojnie), gdy gra się samemu.