Na walki, rzecz jasna. W nich zabłyszczą jeszcze raz zapożyczenia z Fire Emblem. Atlus do swojego standardowego systemu turowych pojedynków, który tak czy inaczej jest w porządku, dołożył nintendowski podział ekwipunku oraz umiejętności według banalnej zasady „kamień, papier, nożyce”. Przeciwników musimy poznawać, wiedzieć, wobec jakich elementów są bezsilni, a które całkowicie zablokują. Ta sama zasada obowiązuje w drugą stronę, więc jeśli Twoja postać źle przyjmuje wstrząs elektryczny, lepiej wycofać ją na ławkę rezerwowych. Na razie banał, w Pokemonach też to mieliśmy.Jeżeli znamy już wszystkie słabe strony adwersarzy i dobrze je wykorzystamy – na przykład przeciwnika z grupy „koniowate” łupniemy umiejętnością przeciw właśnie takiej grupie, otwieramy możliwość tytułowej Sesji. Oznacza to, że reszta postaci z drużyny dołączy się do kombinacji ciosów, nie tracąc ani własnego ruchu w kolejce, ani punktów EP – tutejszej many. Warunek? Muszą posiadać zgraną umiejętność, która odpowiada za kontynuację pierwszego ataku. Konia dźgnąłeś włócznią, więc Twój koleżka musi „umieć” wykonać Sesję do ataku włóczni. Spokojnie, na piśmie to dużo bardziej skomplikowane niż naprawdę.Oczywiście, ta zasada również obowiązuje w drugą stronę. Jeżeli walczysz z bossem i widzisz, że jego atak „kliknął” (trafił na słabość bohatera), czyli rozpoczyna Sesję ze swoimi minionami – masz przeorane. No, to tego już w Pokesach nie widzieliśmy.Idziemy dalej. Wszystkie umiejętności – ataki elementarne, magię, ciosy sesyjne oraz bajerki pasywne – wyciągamy z broni. Nowiuśki miecz, włócznia lub łuk poziomuje wraz z postaciami i łącznie wyssać można z niej do pięciu różnych skilli. Po wymaksowaniu jednej broni należy stworzyć następną (materiały zbieramy szlajając się po lochach) i ten krótki maraton powtórzyć.Nasze postaci mają jednak bardzo ograniczone zasoby wewnętrznych tabelek – po dziesięciu godzinach zabawy będą pełni. Jeżeli nowa umiejętność to powtórka którejś z już używanych, podbije jej statystyki. Spoko. A jeśli nowa umiejętność w ogóle nam nie leży i nie chcemy jej wymienić (stara przepada na zawsze), trzeba odpuścić. I to trudna nauka dla nas, przyzwyczajonych do chomikowania wszystkiego godzinami „na głównego bossa”.Generalnie strasznie wciąga ten system. Łapałem się na tym, że mając już wolną drogę do szefa, ja nadal biegam przez godzinę po lokacji i cieszę się z poziomowania postaci oraz broni, a nawet – co niżej podpisanemu zdarza się nader rzadko – spędzania czasu w menusach i układaniu sobie jak najlepiej zgranej drużyny, której nawet największy demoniczny osiłek nie podskoczy. Dlatego nie mam wątpliwości, że jest coś w Tokyo Mirage, co rekompensuje mi wszystkie wady. Jak rzadko wracam do recenzowanej pozycji (bo przecież następna już czeka za rogiem), tak tę chcę ukończyć na 100%.