Dla mnie takim głównym przykładem jest SNK, które podpisałam w półtorej roku. A warto pamiętać, że przede mną pracowali przy tym jeszcze inni bizdevowie. Więc tak naprawdę jest to umowa, którą podpisywaliśmy dwa lata, jak nie lepiej. W tym przypadku wynikało to głównie z różnic kulturowych. Wysyłałam im na przykład dwunastostronową umowę i przez to, że w japońskiej kulturze oni muszą pokazać, że odpowiednią ilość czasu poświęcili na zgłębienie tej umowy, tym samym pokazując, jaki to jest dla nich ważny temat i jak są na to przygotowani, to dostawałam co tydzień maila w rodzaju "przeczytaliśmy stronę pierwszą, bardzo dziękujemy". Więc dwanaście stron, dwanaście tygodni, a potem to samo jeszcze robił dział prawny, potem były poprawki, gdzie ja też nie mogłam oczywiście od razu odpisać im "dobra, robimy to, nie ma problemu!". Też musiałam poczekać. Ale koniec końców się udało. W innym przypadku - tu już nie będę podawać konkretnej nazwy - dokument wrócił do nas ze zmianami i komentarzami na zasadzie "nie będziemy więcej o tym rozmawiać, kropka". No i w takim przypadku trzeba niestety zadzwonić do takiej osoby i powiedzieć, że "no, wiesz, chyba jednak musimy, w Polsce jest taka biurokracja, i z tym nic nie możemy zrobić, i tak musi być, i tak dalej". A w odpowiedzi dostajemy znowu: nie. I trzask słuchawki. Trzy miesiące później ta osoba jednak się odezwała: "dobra, okej, niech będzie, to co byś zaproponowała?". I w tym momencie to podpisują.A czasami po prostu się nie da. Bo nawet kiedy oferujemy bardzo atrakcyjne umowy finansowe, to to jest cały czas za mało. Włącza się jakaś taka pazerność i my wtedy też nie chcemy do końca rozmawiać z takimi ludźmi. Jest parę gier, których nasi użytkownicy bardzo by chcieli na GOG-u, ale my po prostu nie pracujemy z tym deweloperem lub wydawcą, nie zgadzamy się na jakichś fundamentalnych poziomach. Nie będziemy zmieniać swoich wartości dla kogoś, tak samo jak nie oczekujemy, że ktoś będzie zmieniał swoje wartości dla nas.Od pary bizdevów dowiaduję się również, że zaskakująco dużo kultowych gier, szczególnie z lat '96-'97, należy teraz do wielkich firm w rodzaju EA, Ubisoftu, Activision czy Disneya. I o ile są oni zazwyczaj chętni, by te tytuły udostępnić GOG-owi, w praktyce nie jest to takie łatwe.Jacek: Oni nie lubią z nami współpracować na zasadzie "damy wam jeden tytuł". Aby im się to zaczęło opłacać, chcą nam dać sześć tytułów. A praca nad tymi sześcioma tytułami trwa oczywiście dłużej, bo trzeba doprowadzić je do odpowiedniego stanu. Musimy je wysłać, oni muszą je zaaprobować i tak dalej. Dzięki temu mamy np. jakiś większy event na stronie w rodzaju "Prezentujemy tę i tę serię".Z Disneyem tak było, z Activision, z Bethesdą, Fallouty tak zaprezentowaliśmy. Jak nam się udało Vampire: Bloodlines zdobyć, to było super. Z nimi inaczej się pracuje, wiadomo, ale jest to też stabilna współpraca, która trwa przez dłuższy okres. Te tytuły gdzieś tam są, oni mają prawa, tylko trzeba zaczekać odpowiedni czas, żeby je przygotować i wydać.Starymi może się podzielą, ale nowych gier EA czy Ubisoftu nie znajdziemy raczej na GOG-u. Wszystko przez drugi główny punkt, z którego słynie firma, czyli brak DRM-u w sprzedawanych grach. Raz zakupione nie posiadają żadnych zabezpieczeń, a użytkownik może z nimi robić, co mu się żywnie podoba - należą do niego. Jest to polityka, która nie odpowiada dużym wydawcom zarządzanym przez biznesmenów, przekonanych, że produkt musi posiadać ochronę, inaczej zostanie spiracony. A to tak nie działa. Ba, jak dodaje Marcin Traczyk, Country Lead na terenie Polski:To działa wręcz odwrotnie. Jednym z dość znaczących źródeł ruchu na GOG-u jest Pirate Bay. Kiedy sprawdzamy, dlaczego tak się dzieje, dochodzimy do konkretnych torrentów danej gry, gdzie w komentarzach uzytkownicy sami mówią: "ej, lepiej już kupić to na GOG-u i nie męczyć się ze zgrywaniem cracka czy cokolwiek". Ludzie linkują po prostu do GOG-a z Pirate Baya i to też działa na naszą korzyść.Wtóruje mu Jacek, dzieląc się anegdotą związaną z Dzikim Gonem. Warto bowiem pamiętać, że Wiedźmin 3 od samego początku był dostępny na GOG-u, pozbawiony jakiegokolwiek DRM-u:Jak wyszedł Wiedźmin 3 i była piracka wersja, tą najbardziej popularną była "cracked by coś tam", a nie nasza GOG-owa, która nie miała żadnych zabezpieczeń. Nasza była niżej. Piraci byli tak przyzwyczajeni do swojego providera, swojego zaufanego źródła, że woleli tamtą piracką wersję, mimo że nasza nie miała żadnych zabezpieczeń.Czy powody do strachu przed brakiem zabezpieczeń są więc przede wszystkim w głowie? Skoro praktycznie wszystkie wielkie gry zostają złamane przez piratów i zazwyczaj jest to kwestia godzin lub kilku dni, to chyba jednak tak. W efekcie przedstawiciele GOG-a nieustannie odwiedzają większe firmy, próbując przekonać, że dystrybucja na ich platformie nie pogorszy sytuacji, a może wręcz poprawić sprzedaż. Zazwyczaj nie wychodzi, co nie sprawia, że bizdevowie nie wracają. I znowu. I jeszcze raz.Z każdym rokiem mają też coraz więcej partnerów - aktualnie jest ich ponad pięciuset, a wśród nich są takie szychy jak Square Enix, Bethesda czy THQ Nordic. Im większe i bardziej atrakcyjne ich portfolio, tym większe poczucie bezpieczeństwa wzbudzają u nowych, potencjalnych partnerów. A kiedy ci dodatkowo zobaczą, że to się faktycznie opłaca i że GOG ma bardzo personalne podejście do współpracy... Szanse na przekonanie nieprzekonanych wzrastają. Choć wiadomo, że z niektórymi może się nigdy nie udać. Jak mówi Marta:Należy pamiętać, że jakby na to nie patrzeć, osoby decyzyjne przy takich wielkich projektach za milion dolarów, którzy chcą chronić - przynajmniej w swoim rozumieniu - swój produkt poprzez jakiś DRM, to nie są gracze. To są już prezesi, menadżerowie bardzo dużych firm, korporacji, dla których to jest po prostu produkt, który trzeba zabezpieczyć, tak samo jak w samochodzie masz zamek, pilota czy cokolwiek. I z tym się nie da dyskutować. Takiej osobie nie wytłumaczysz, że gracz, który przychodzi na stronę torrentową w poszukiwaniu gry, i tak, i tak by na nią nie wydał pieniędzy. Więc to nie jest stracona sprzedaż - to jest po prostu typ człowieka, który tych pieniędzy nie ma, bądź nie wyda. To nie jest klient. Ale niestety, w ich rozumieniu jest tak, że jak najmniej osób ma mieć możliwość nielegalnego pozyskania produktu. I ja też to rozumiem, jeśli chodzi o podejście korporacyjne.Interesujący jest w tym wypadku przykład osób odpowiedzialnych za Rime, które wprost powiedziały, że jeśli Denuvo w ich grze zostanie złamane, gra w dwa tygodnie wyląduje na GOG-u. I jak powiedzieli, tak rzeczywiście zrobili. Gra została scrackowana, więc twórcy już bez obaw umieścili ją na polskiej platformie.Zmiany w tym aspekcie podobno zachodzą, nawet jeśli są powolne. Zmienia się sposób myślenia. Jacek zauważa to, odwołując się do przykładu Kraju Kwitnącej Wiśni:Wcześniej Japonia absolutnie nie akceptowała braku DRM-u. Tam zarządzają tym starsze osoby i uważają, że muszą być zabezpieczenia, DRM jest dla nich niesamowicie ważny. Bardzo ciężko było przebić tę ścianę. Napieraliśmy na nią dosyć ostro, na różne sposoby - i przez naszych partnerów, i bezpośrednio, jadąc do Japonii. Teraz na GOG-u w końcu pojawia się coraz więcej japońskich gier, i to tych z wyższego pułapu, w dniu premiery. Widać, że to wszystko postępuje, zmienia się mentalność, a to bardzo pozytywnie rokuje na przyszłość.