W Knights of the Eternal Throne tego nie ma, a kolejne rozdziały rozgrywają się według tego samego schematu: znajdź miejsce, gdzie możesz dorwać Vailyn, dostań się do niej, patrz, jak ucieka. I tak do samego, przewidywalnego końca.Trzeba jednak oddać BioWare jedno. W końcu odniosłem wrażenie, że mam wpływ na moich towarzyszy. W Knights of the Fallen Empire każdy robił, co chciał, tutaj natomiast bardzo szybko mogłem tę bandę poustawiać, a nawet pozbyć się tych, którzy wcześniej za bardzo mi podpadli. Dzięki temu ten niesamowicie irytujący Koth Vortena w końcu dostał to, na co zasłużył – miecz świetlny prosto w brzuch. Tak, część towarzyszy możemy zabić, innych po prostu wygnać z naszej organizacji.Gorzej, że sposób przedstawienia praktycznie wszystkich bohaterów jest bardzo słaby i często pozbawiony sensu. Vailyn jest sztampowa do bólu. Panienka miała trudne dzieciństwo i surowego ojca, więc teraz mści się na otoczeniu. W jej działaniach nie ma żadnego planu, długofalowej strategii czy choćby chwili refleksji. „Jestem zła, więc muszę wszystko niszczyć i nic mnie nie obchodzi, bo tak!”. Taki trochę antagonista na siłę, Kylo Ren bez tej fajnej otoczki kogoś, kto próbuje dorównać swojemu autorytetowi.Zwieńczeniem bezsensowności postaci jest natomiast Arcann. Nietrudno się domyślić, że skoro faceta nie udało się zabić w poprzednim dodatku, pojawi się i w tym. Tylko dlaczego w tak głupi sposób? No bo jak inaczej wytłumaczyć jego nagłe nawrócenie? Z człowieka, który zamroził nas na 5 lat w karbonicie, który spowodował, że galaktyka na nowo zapłonęła i którego celem było zniszczenie głównego bohatera i jego Sojuszu za wszelką cenę, nagle stał się naszym największym orędownikiem?Przecież to zupełnie nie trzyma się kupy, podobnie jak to, co robi jego matka, która nagle postanawia do nas wrócić razem z synkiem, jakby zupełnie nic się nie stało. Jakby nie dopuściła się zdrady. Zresztą dotyczy to wszystkich zdrajców, którzy z tych czy innych powodów postanowili się od nas odłączyć. Teraz nagle im się odwidziało i wracają jakby nigdy nic.„Hej, bo ty teraz masz ten Sojusz, jednoczysz wszystkich i takie tam, no, ten dobry jesteś. To ja może przeproszę i wrócę, co?”. A takiego wała! Jestem Darth Shotan Jericho! Zwiastun Wojny! Z niewolnika stałem się członkiem Rady Sith! Rozbiłem kartel potężnych Huttów. Pokonałem widmo Revana. Noszę w sobie ducha Imperatora i potrafię nad nim zapanować! Nie zamierzam być miły! Nie chcę ratować galaktyki przed Wiecznym Tronem. Chcę nią z niego rządzić!Właśnie to powoduje, że Knights of the Eternal Throne ma swoje momenty. Tam, gdzie Fallen Empire próbowało zrobić z nas, trochę na siłę, kogoś dobrego, tutaj możemy uwolnić swojego wewnętrznego Sitha i robić, co nam się podoba. A jeśli komuś to nie pasuje, zawsze może porozmawiać na ten temat z moim mieczem świetlnym.Na plus zasługuje też podejście do projektów poszczególnych zadań. Owszem, wszystko odbywa się wedle tego samego schematu, ale przynajmniej udało się uniknąć tych typowych dla większości MMORPG zagrywek: szaman ludzi-borsuków ma problem z niedźwiedziami, idź do lasu, zabij 10 niedźwiedzi i przynieś mu ich tyłki, z których zrobi magiczny napar na niedźwiedzie, a w nagrodę da ci szalik i dwie sztuki złota. Tutaj zbieractwa nie ma i bardzo dobrze, bo to naprawdę najgłupsza część sieciowych RPG-ów.Trzeba tylko sobie uświadomić, a przede wszystkim w końcu muszą zrobić to twórcy, że ta gra nigdy nie będzie nawet namiastką single’owych RPG-ów. A już szczególnie nie tych od BioWare. Nieważne ile rozdziałów historii napiszą, czy jak bardzo odetną gracza od interakcji z innymi, żywymi istotami. A wszystko dlatego, że…Sprytnie ukryte pod płaszczykiem single’a, wprowadzające parę nowych, rzadko dotąd spotykanych w grach sieciowych elementów, próbujące bawić się mechaniką, czy to przez wsadzenie nas za stery machiny kroczącej, czy zmuszając do infiltracji pałacu Vailyn w przebraniu strażnika. Ale. To. Nadal. Jest. MMORPG.