Boss jednak jest i czasem postanawia nas gonić i zabić. J.J. walczyć nie umie, za to świetnie wychodzi jej umieranie. Nie traćcie jednak zimnej krwi, wszystko jest oskryptowane tak, byście bez trudu uciekli, chociaż nie powiem, stres był.Ważnym elementem prowadzenia narracji jest, a jakże! Smartfon! Azjaci też ludzie, uzależnienie od telefonu nie jest im obce. I ta wizja Swery’ego jest mocno niepokojąca, za to wielce wymowna. To jak wygląda komunikacja między postaciami, jak zmienił się dialekt, i jak bardzo tych rozmów nie rozumiem jest gorsze od tego, że J.J. przez większość czasu kontaktuje się z pluszowym misiem F.K. Nie trzeba być magistrem psychologii żeby zrozumieć co tu się dzieje i dlaczego właściwie dziewczyny zostały rozdzielone.Jak widać na screenach, z postępem historii zmienia się również sposób rozmowy z F.K. Z dziesiątek emotek, skrótów i jpgów przesyłanych między nimi, przeszli nawet na pełne zdania. Ile dociera do J.J. z tego co się dzieje nie wiem, a i zakończenie nie daje jasnej odpowiedzi. Mam jednak wciąż nadzieję, że każdy mały progres, który zaliczyła na swojej drodze był wart zachodu.Oprócz F.K. uda nam się porozmawiać parę razy z mamą, profesorem z uczelni, koleżankami itp. Standardowe kontakty nastolatek. Zadzwoni jednak tylko jedna osoba - Emily.To jest niesamowite, jak bardzo Swery potrafi zbudować klimat dźwiękiem. J.J ciągle płacze, wszystko wokół jest surrealistyczne, a towarzyszą temu chore dźwięki wydawane przez Łosia i otoczenie. Nic jednak nie przebije motywu zaczerpniętego z Twin Peaks. Tam bohaterowie wypowiadali swoje kwestie na wspak, by dźwiękowcy mogli je później puścić od tyłu. Kwestie wypowiedziane były wtedy poprawnie, ale brzmiały jak podręcznikowe opętanie. Kiedy Emily dzwoni słychać ten sam zabieg, autentycznie mam ciarki.Wzorowanie się na technikach Lyncha wyszło grze na dobre, panowie osiągnęli podobny poziom absurdu. A myślałam, że nic nie dogoni na tym polu Głowy do wycierania (filmowy debiut Lyncha, oglądacie na własną odpowiedzialność).Gra jest napakowana znajdźkami w postaci różowiutkich, okrągłych donutów z dziurką. Nie mam pojęcia, czemu są to akurat pączki, ale są wszędzie. Pączki-znajdźki, pączki-emotki, pączki-obrazki, pączki, pączki wszędzie. Nie zjem pączka przez długi czas, ale Swery chyba bardzo je lubi…Bardzo lubi też industrialne lokacje, było ich zdecydowanie więcej niż dzikich, leśnych ścieżek. Przynajmniej takie odczucie zostawiły po sobie, bo te przyjazne tereny łąk i lasów były tylko łącznikami. Trzeba jednak oddać, że w widoku miasta obserwowanego nocą z góry jest coś kojącego.Muszę przyznać, że te godziny spędzone z The Missing nie okazały się tak powalone i rujnujące życie jak z początku myślałam. Zamiast pukać się w czoło, w zamyśleniu drapałam się po brodzie. To całkiem niezły znak, że od wyklinania w niebiosa przeszłam do głębokiej analizy.Jedyna rzecz, którą chętnie wskazałabym do poprawki, to oczywiście port z konsoli. Niektóre akcje, takie jak kręcenie dźwignią czy nawet kucanie, potrafiły doprowadzić do gorączki. Przykładowo, aby kucnąć musimy przejść cały proces, klikając jeden przycisk F. Postać kuca, postać się kładzie, postać znowu kuca i dopiero wstaje. Trwa to dobrych kilka sekund, nie polecam w trakcie ucieczki przed bossem. Polecam za to grać na konsoli, gdzie takie rzeczy działają pewnie świetnie, a obracanie dźwigni nie wymaga obu dłoni w pozycji ‘’połam sobie paluchy lamerski pecetowcu”.