The Last Guardian powstawało 9 lat, początkowo z myślą o PS3, i to widać. Brzydka i pełna uproszczeń grafika potrafi się jednak wybronić "całokształtem twórczości". Detal delikatnie mówiąc nie zachwyca, ale ich suma połączona ze zmiękczającym obraz oświetleniem i imponującymi konstrukcjami wygląda przepięknie. Znów można przywołać tutaj przykład soulsów, które jeszcze na PS3 technicznie nie zabijały, ale miały w sobie to coś.Coś nie tak jest za to z kamerą The Last Guardian. Mam wrażenie, że twórcy przez te 9 lat nie mogli się zdecydować na klasyczne TPP lub kadry rodem z God of War, wprowadzili więc oba. Kadry są jednak czasem dziwacznie ustawione, a ich ręczna korekta wypada koślawo, często pokazując podłogę albo kawałek ściany. Jeszcze gorzej bywa na grzbiecie Trico, kiedy to zupełnie można zgubić chłopca z oczu. Tyle dobrze, że zrezygnowano z paska staminy odpowiedzialnej za chwytanie się sierści/piór zwierzaka, a bohater automatycznie trzyma się grzbietu. Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej dopracowane ujęcia przy tych samych poziomach czy jakości grafiki dałyby o wiele ciekawszy efekt końcowy.Opinia Patryka Fijałkowskiego: Zakochałem się. Grając co i raz mówiłem coś do Trico, jakby był prawdziwym zwierzakiem siedzącym w moim pokoju, skaczącym z kanapy na podłogę, a nie z wieży zamku na dach świątyni. To bez dwóch zdań najlepiej zaprojektowane zwierzę w historii gier wideo i w ogóle w historii szeroko pojętej fikcji. Tutaj wzruszasz się nie tylko podczas istotnych scen przygotowanych na wzruszenia, ale i gdy tak po prostu podejdziesz do swojego przyjaciela i pogłaszczesz go po pysku, bo właśnie pomógł ci z jakąś zagadką. Więź między chłopcem i tajemniczym zwierzęciem namacalna w każdym najdrobniejszym fragmencie przygody czyni z The Last Guardian dzieło sztuki.Fumito Ueda wziął to co najlepsze z dwóch poprzednich gier i na bazie tego stworzył The Last Guardian. Grę jeszcze ciekawszą pod względem narracyjnym i emocjonalnym niż poprzednie. Jeszcze dłuższą i bardziej złożoną, a do tego przemyślaną. Tak jak w Metal Gear Solid V jak na dłoni widać, że czegoś w nim brakuje, tak tutaj po zobaczeniu napisów końcowych odnosi się wrażenie obcowania z dopracowanym od A do Z, kompletnym dziełem. Z trochę inaczej ułożonymi niż się do tego przyzwyczailiśmy, charakterystycznymi dla Uedy akcentami, ale akcentami doskonale znanymi, na które czekaliśmy niemal dekadę. Aż dziw bierze, że się doczekaliśmy i że po tylu latach produkcyjnego piekła The Last Guardian aż tak zachwyca.