To właśnie wirtualna rzeczywistość robi tę grę, podobnie jak gra robi wirtualną rzeczywistość i jedno bez drugiego nie ma sensu. Formuła przygodówki z perspektywy pierwszej osoby idealnie pasuje do tej technologii. Szczególnie że, przynajmniej na razie, ani zagadki, ani fabuła nie są porywające. Wiemy, że coś się dzieje, że zamieszane są w to jakieś siły spoza planety i że pewnie w kolejnych epizodach zostanie to rozwinięte. Jest świrnięty profesor, zaginiona siostra głównej bohaterki i ona sama, musząca dokopać się do jakiejś wielkiej tajemnicy.W śródtytule użyłem stwierdzenia „demo technologiczne” i trochę tak jest, ale tym razem nie stosuję tego w pejoratywnym znaczeniu. Call of the Starseed pokazuje możliwości gogli VR i to, co można zrobić z tym gatunkiem. Człowiek całym sobą chłonie świat gry, zaczyna zwracać uwagę na elementy, które normalnie by zignorował, jak wspomniane już fajerwerki. Nawet głupia zabawa latarką wydaje się być czymś nowym, czego jeszcze nie było. Podobnie jak chodzenie po kanałach, sięganie co chwilę do plecaka po mapę, świecenie na nią rzeczoną latarką i szukanie drogi. Zwykle w grach nie lubię się gubić, tutaj czułem, że jest to nieodzowny element rozgrywki.Okej, udało się ochłonąć po świetnym pierwszym wrażeniu, teraz pora na nieco bardziej stonowany komentarz. Największe zastrzeżenia mam do fabuły, która tak naprawdę jest szczątkowa i przysłaniają ją doznania związane z wirtualną rzeczywistością. Przez większość gry nie wiemy, o co chodzi, skrawki informacji udaje się wydostać z porozrzucanych notatek i audiologów w postaci kaset magnetofonowych wkładanych do starego odtwarzacza marki „TONY”.JTNDZGl2JTIwc3R5bGUlM0QlMjdwb3NpdGlvbiUzQXJlbGF0aXZlJTNCcGFkZGluZy1ib3R0b20lM0FjYWxjJTI4MTAwJTI1JTIwJTJGJTIwMS44MCUyOSUyNyUzRSUzQ2lmcmFtZSUyMHNyYyUzRCUyN2h0dHBzJTNBJTJGJTJGZ2Z5Y2F0LmNvbSUyRmlmciUyRkFsbFNsaW1IYXB1a2ElMjclMjBmcmFtZWJvcmRlciUzRCUyNzAlMjclMjBzY3JvbGxpbmclM0QlMjdubyUyNyUyMHdpZHRoJTNEJTI3MTAwJTI1JTI3JTIwaGVpZ2h0JTNEJTI3MTAwJTI1JTI3JTIwc3R5bGUlM0QlMjdwb3NpdGlvbiUzQWFic29sdXRlJTNCdG9wJTNBMCUzQmxlZnQlM0EwJTNCJTI3JTIwYWxsb3dmdWxsc2NyZWVuJTNFJTNDJTJGaWZyYW1lJTNFJTNDJTJGZGl2JTNFNie przepadam za tą formą odkrywania fabuły, bo moim zdaniem niepotrzebnie wstrzymuje akcję, a dodatkowo za sprawą VR-u ciężko skupić się na słuchaniu. W moim przypadku zwykle audio sobie leciało, a ja akurat próbowałem wrzucić coś do ogniska, albo jak głupi machałem latarką po ścianie.Podobnie jest z zagadkami. Nie są one specjalnie skomplikowane czy wymagające, a cała ich magia opiera się o fakt, że rozwiązujemy je z goglami i kontrolerami ruchowymi. Jedną z nich są wspomniane już kanały, z których musimy znaleźć wyjście, inna to na przykład takie dopasowanie bezpieczników na tablicy rozdzielczej, by zapewnić stabilny dopływ prądu do krat i opuścić je, dostając się do zamkniętego za nimi artefaktu. Nic wyjątkowego.Trzeba pamiętać, że Call of the Starseed to dopiero pierwszy epizod, który bardziej niż w samą grę ma nas wprowadzić w wirtualną rzeczywistość i zapoznać z „obsługą” The Gallery. Dlatego więcej tu zabawy otoczeniem, nawet w postaci podnoszenia kamieni i rzucania nimi w co popadnie, czy na pozór bezsensownego biegania po obszarze gry.Bo widzicie, z tym sterowaniem wcale nie jest tak lekko i choć rozwiązane jest dobrze, to trzeba poświęcić chwilę na jego opanowanie. Vive nawet w trybie pokoju oferuje ograniczony obszar, zatem nie ma mowy o swobodnym poruszaniu się po poziomach. Dlatego ludzie z Cloudhead Games zastosowali system Blink, czyli po prostu teleportację. Wciskamy przycisk na kontrolerze, głową wskazujemy miejsce, następnie kierunek patrzenia i po chwili jesteśmy przenoszeni w nowe miejsce.Działa dobrze, ale momentami są problemy z ustaleniem kierunku i precyzją, szczególnie gdy chcemy znaleźć się w dokładnym punkcie. Powoduje też pewną dezorientację i łatwo się pogubić na przykład w wąskich, wijących się korytarzach. Drugą kwestią jest interakcja z otoczeniem i manipulacja przedmiotami. Na początku ciężko wyczuć odległość czy uświadomić sobie, że tak naprawdę w ręku trzymamy kontroler, a nie dzbanek. W pewnym momencie profesor zaczyna rzucać nam przewodniki, które musimy włożyć do skrzynki elektrycznej. Złapanie ich potrafi być wyzwaniem, nie wspominając już o tym, że raz w redakcji przyłożyłem w sufit skacząc po wyjątkowo wysoko rzucony przedmiot.Do tego wszystkiego idzie się jednak przyzwyczaić i pod koniec epizodu bez problemu manipulowałem przedmiotami, poruszałem się w przestrzeni czy ogólnie ogarniałem wirtualną rzeczywistość. Przyzwyczaić natomiast nie idzie się do słabej jakości tekstu. Nie jest to wina tej konkretnej gry, bo wszystkie VR-owe produkcje borykają się z problemem nieczytelnych i rozmazanych czcionek. Czytanie notatek i przeglądanie mapy jest bardzo niewygodne i męczy wzrok, także tutaj przed producentami sprzętu i oprogramowania jeszcze dużo pracy. Co ciekawe, oni też dostrzegają te niedogodności i sam John Carmack zapowiedział już, że zajmie się tematem.