Śmigałem terenówką po zboczach gór, skakałem ze skoczni narciarskiej w środku wyścigu rallycrossowego, sprawdzałem drobne tory motocyklowe i wielkie, ekskluzywne, przeznaczone dla najdroższych pojazdów na świecie. Ścigałem się po dachach Detroit, driftowałem po okolicznej hucie, latałem nad parkiem Yellowstone, walczyłem z falami oceanu w motorówce, przemierzałem wzdłuż największe rzeki, gubiłem w wielkich lasach, śmigałem po oświetlonych neonami jaskiniach, wyprzedzałem na Times Square, rozbiłem Lambo w Miami, wybijałem się z ramp na placu zabaw dla monster trucków, przecinałem parujące powietrze amerykańskich wsi Harleyem Davidsonem.I zawsze wiedziałem, że na wyciągnięcie ręki jest kolejne, zupełnie inne wydarzenie. Wtedy The Crew 2 właśnie kradło moje serce.Kwestia tego, jak w wypadku tak ogromnej różnorodności wypadają modele jazdy, musi, niestety, zejść na drugi plan. Pojazdy wodne (bo dwa typy motorówek i zupełnie inaczej zachowują się na „trasie", i biorą udział w dalekich od siebie rodzajach wydarzeń) ogarnięte są co najwyżej znośnie. Samoloty - znośnie. Samochody terenowe - znośnie. System driftów - znośny (przypomina mi szczególnie zapomniane już dzisiaj Juiced). „Needforspeedowe" zmienianie biegów w zawodach na ćwierć mili - znośnie. Formuły - znośnie… Rozumiecie już, o co chodzi? Poza motocyklami, które w moim mniemaniu zasysają na całej linii, wszystko jest co najwyżej poprawne. Samochody być może nie poruszają się po ulicach jak kostka masła na rozgrzanej patelni, bo tak było poprzednio, ale mają wciąż daleką drogę do prawdziwych pochwał. Może ktoś w Ubisofcie uznał, że skoro ich pracownicy nie są w stanie opracować idealnego modelu jazdy, to graczom wynagrodzą to chociaż pierdyliardem alternatyw?Nie wierzcie wydawcy - nie będziecie w The Crew robić niczego innego poza wyścigami. Nie będziecie ustanawiać społecznościowych rekordów driftu lub prędkości w otwartym świecie, jeśli robiliście to już lata temu w wielu innych, mniejszych grach. Szybko odpuścicie sobie szukanie skrzynek z lootem, które losowo lądują w Waszej okolicy. Ba, skoro nabrałem już takiej rezolutności - nie będziecie grali z wypiekami na twarzy przez sieć, bo chwilowo brakuje tutaj realnego PvP. Nawet jeśli gra wymaga samego połączenia.Będziecie Wy i ten dziwny substytut kariery, podwędzony od Playground, wynagradzający właściwie za wszystko. A 80% tras, wydarzeń i pojazdów odblokowuje się wraz z postępami. Za każdym razem, gdy uznacie, że chyba już widzieliście w grze to, co było do zobaczenia, autorzy zasypią mapkę kolejnymi nowinkami. Niczego właściwie nawet nie powiedzą, gdy z „podstawki" przejdziecie do endgame'u. A tam poziomów doświadczenia jest… przynajmniej sześćset.Zaskakujące również, że przy budżecie, jakim dysponuje Ubisoft, zabawa tak często przywodzi na myśl niższą półkę. Nie o oprawę graficzną mi chodzi - jest taka, jak podejrzewacie w tytule z otwartymi do eksploracji Stanami Zjednoczonymi i niemal płynnym przeskakiwaniem z miasta do miasta - bo przy tej już raz udowodnili, że czasem wystarczy stosowna łatka. Ale żenujący wybór utworów muzycznych, fatalnej jakości voice acting, niemal wygenerowana przez algorytm stylistyka menusów; to wszystko świadome decyzje. Świadomie naciska się też na mikropłatności (by odblokować choćby furę, na którą „normalnie" zbieralibyście kilka godzin) oraz „losowe" ulepszanie posiadanych pojazdów. Szczęśliwie - nic tak inwazyjnego, jak było w gatunku pod koniec zeszłego roku.