Z Nyanyą jest tak, że naprawdę czuć, iż robił ją człowiek z sercem. Szkoda tylko, że nikt mu nie pomógł, nie pochylił się z dobrą radą, by pasję i masę świetnych pomysłów ubrać w jakieś ładne szatki. I nie ma co ukrywać, że wizualnie to jest skromniutkie. Nie mówię o fajnie narysowanych postaciach, ale o lokacjach, wnętrzach, lasach, bagnach, podziemiach, twierdzach.Dlaczego nie znalazł się nikt, kto usiadł z twórcami Nyanyii i powiedział: wszystko to pięknie, tylko wstrzymajcie się na kilka miesięcy, szarpnijcie się na porządnego grafika, który włada szlachetną sztuką pixel artu i narysuje wam cudne „dżewa”, głębokie jeziora, majestatyczne skały. Nie lubię, gdy oryginalne pomysły nikną pod ciężarem kiepskiego wykonania.Chronicles of Nyanya mogła być naprawdę świetną grą, ale nie ma szans przebić się do szerszego odbiorcy z powodu jej wykonania. Założę się, że większość graczy potraktuje ją jako ciekawostkę, fani Chatolandii jako obowiązkową pozycję, ale skupią się na warstwie językowej. A Nyanya to kilkanaście godzin niezobowiązującej i nawet wymagającej rozgrywki oraz rewelacyjnych dialogów, przy których kilka razy zdarzyło mi się parsknąć śmiechem. Począwszy od samego tytułu, aż po napisy końcowe gra pełna jest nawiązań do memów, książek, filmów, komiksów i innych gier. Wyszukiwanie ich to prawdziwa przyjemność. To wielka kopalnia analogii, błyskotliwych aluzji. Tyle że kopalnia owa jest najzwyczajniej w świecie szpetna.