W prostej linii "Odyseja" jest najbliższą spadkobierczynią czarnej owcy trójwymiarowych odsłon serii, Sunshine. Ale i rewolucyjnego Super Mario 64. Podobnie jak oba tytuły, stawia nacisk na eksplorację, a platformówkowa esencja jest w niej zaledwie narzędziem. Przeciwnie jednak do części z GameCube'a, nie męczy gracza ani długaśnym wprowadzeniem, ani wieloetapowym wykładaniem świeżych mechanik. Zabawa jest już "prawdziwa" po dwudziestu minutach, a - można by pomyśleć - skomplikowany motyw z "opętywaniem" przeciwników za pomocą gadającej czapki szybko staje się drugą naturą całej przygody. Zanim się obejrzycie, pomiędzy Wami a Bowserem zostanie już wyłącznie kilkanaście królestw wypełnionych najczystszą frajdą, pomiędzy którymi przeskakiwać będziecie... ze smutkiem, że podróż coraz bardziej zbliża się do ostatniej stacji.Cappy, bo takie imię nosi nowy towarzysz Wąsatego, w walce sprawdza się lepiej od wymagających precyzji skoków, więc jest spoko, ale również umożliwia przejmowanie kontroli nad większością barwnych oponentów. To "ten" motyw, podstawowy wyróżnik całej gry, jak armatka wodna w Sunshine lub multiplayer w 3D World. Poziomy, znajdźki oraz potyczki z bossami - wszystkie wymagać będą od Was twórczego wykorzystywania specjalnych umiejętności wrogów. Goomby potrafią wskakiwać na siebie i tworzyć mobilne totemy, rybkom nie skończy się powietrze pod wodą, ci rzucają przedmiotami, tamci popisowo skaczą, a jeszcze inni posiadają okulary, dzięki którym dostrzegają ukryte przejścia. Każdy świat wprowadza nowych przeciwników do opętania, więc mechanika cieszy i zaskakuje do samego końca. Niedopracowany wydaje się wyłącznie znany ze zwiastunów tyranozaur, ale wybaczycie mu, bo przecież jest dinozaurem. A i na ekranie gości zaledwie krótką chwilę.W moich oczach najważniejszym elementem trójwymiarowej platformówki zawsze będą zwiedzane światy. Za to przecież gracze pokochali odsłonę z N64, nawet jeśli dzisiaj nie robi już większego wrażenia. Ta niewymuszona ciekawość sprawdzenia każdego zakątka, chęć wdrapania się na drzewo czy zjazdu na tyłku z wzniesienia. To wcale nie jest tak, że we współczesnych graczach nie można już obudzić takich beztroskich przyjemności. Odyssey spróbuje zachęcić ich początkowo dziesiątkami tutejszych gwiazdek, czyli ukrytymi wszędzie Power Moonami, bez których nie popchniemy historii do przodu. To potrzebne, oczywiście, ale zwyczajna eksploracja zadziała tak czy inaczej. Odwiedzane królestwa są po prostu za dobrze zaprojektowane, aby samemu z siebie nie chcieć dowiedzieć się o nich absolutnie wszystkiego.A czego tutaj nie zobaczycie! Przebiegniecie się po szkielecie dinozaura, przez mgłę w miasteczku rodem z "The Nightmare Before Christmas", po dachach marianowej wersji Nowego Jorku, wzdłuż niebiańskiej plaży, przez świąteczną wioskę lub... w dwóch wymiarach, bo "Odyseja" pożycza z The Legend of Zelda: A Link Between Worlds pomysł z "wchodzeniem" do ścian (czarując, rzecz jasna, ośmiobitową oprawą). Będziecie wykonywać najdziwniejsze zadania z gigantycznym uśmiechem na gębie - od wyścigów do skakania po pustyni "w skórze" niepozornego kaktusa.