Sunset Overdrive - recenzja

Sunset Overdrive - recenzja
marcindmjqtx

27.10.2014 08:01, aktual.: 30.12.2015 13:26

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Zombie są mocno oklepane, więc twórcy próbują trochę urozmaicić temat. Apokalipsa podana na wesoło? Jeśli jest tak fajnie zrealizowana, jak w Sunset Overdrive - poproszę trzy!

Przyjazne miasto Sunset City. Wielka impreza z okazji premiery napoju OverCharge - gra muzyka, ludzie tańczą, jest przepych. Nagle wszyscy, którzy spróbowali specyfiku, zamieniają się w pomarańczowe potwory, których jedynym celem jest zabijanie ludzi i picie jeszcze większych ilości OverCharge. Tak zaczyna się Sunset Overdrive, wykręcona przygoda, w której nic nie jest na poważnie.

Na samym początku trudno ten chaos i bezsens ogarnąć. Do momentu, aż zrozumiecie, że zamiast analizować co ma sens, a co nie, należy wszystko przyjąć takim, jakim jest. Dopiero wtedy dotrze do Was, że życie bezimiennego bohatera, w którego przyjdzie Wam się wcielić, wraz z wybuchem apokalipsy staje się po prostu świetną zabawą. I tak oto słabo opłacany, fizyczny pracownik firmy Fizzco, będącej autorem całego zamieszania, staje się jednym z nielicznych ocalałych. Cel przyświeca mu jeden - za wszelką cenę wydostać się z zamkniętego przez firmę miasta.

fot. Microsoft

Opowieści dziwnej treści W Sunset Overdrive bardzo podoba mi się to, że w przeciwieństwie do innych gier z otwartym światem, ktoś postanowił poprowadzić ścieżkę opowieści bardzo „gęsto”. Nie ma tu momentów, w których trzeba czekać na pojawienie się na mapie kolejnego zadania fabularnego, co niejako przymusza do wykonywania zadań pobocznych. Te oczywiście są, ale opcjonalne i pozwalają na dopakowanie zarówno naszego bohatera, jak i jego arsenału. Nic się jednak nie stanie, jeśli wszelkiej maści ulepszenia i punkty zdobywać będziecie wyłącznie ze ścieżki opowieści, nie powinniście natknąć się bowiem na moment, w którym postać będzie rozwinięta za słabo względem zadania, które trzeba wykonać.

A wśród fabularnych misji różnorodność da się odczuć bardzo mocno. Głównym schematem jest wykonywanie misji dla spotykanych postaci, ale nawet proste zadanie w stylu „przynieś mi przedmiot A” zaprojektowano tak, by dostarczyć nie tylko sporo emocji, ale również wykręcone historyjki. Tu nic nie jest normalne, jest za to sporo śmiechu. Humor bowiem wylewa się z ekranu hektolitrami, raz lepszy, raz gorszy, ale nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Płakałem ze śmiechu polując na gołębie za pomocą stacjonarnych miotaczy ognia. Brzmi groteskowo? Więc dodam tylko, że to jedna z misji, którą wykonacie dla grupy „larpowców”, którzy potraktowali apokalipsę jako okazję do odegrania swoich RPG-owych ról w realnym świecie. Gra w fajny sposób żartuje z różnych grup społecznych - wspomnianych RPG-owców, nerdów czy harcerzy. Dostarcza przy tym kilka fajnych, charakterystycznych postaci, których trudno nie darzyć sympatią. Jakby tego było mało broniłem prowizorycznego zamku strzelając z katapult, ubijałem przeciwników wielką kulą dźwigu do wyburzania budynków, a także latałem helikopterem czerpiącym moc nośną z wywietrzników wypuszczających w powietrze parę. Prawie popłakałem się ze śmiechu, kiedy przyszło mi wykuwać miecz w pewnym niecodziennym piecu - ale nie zdradzę gdzie, by nie psuć Wam zabawy.

Tak gra prezentuje się w akcji. Uważajcie na fabularne spoilery!

Gramy w Sunset Overdrive Przez 10 godzin, jakie zajęło mi zaliczenie trybu opowieści nie nudziłem się ani przez chwilę. Pierwsza godzina to niezbyt przyjemne zderzenie z całą tą nienormalnością i niektórych może odrzucić, tak jak mnie przy pierwszym kontakcie z grą, o czym pisałem w jednym z wcześniejszych tekstów. Ale dajcie Sunset Overdrive szansę, bo gra odwdzięczy Wam się z nawiązką. Ani przez chwilę nie poczujecie, że twórcy wystrzelali się z pomysłów, a to w dzisiejszych czasach nie jest wcale takie powszechne.

Ślizgaj się jakby nie było jutra Jednym za najciekawszych elementów Sunset Overdrive jest sposób, w jaki poruszamy się po mieście. Wyobraźcie sobie połączenie inFamous, Prototype i Tony'ego Hawka. Będziemy więc nie tylko skakać po dachach czy wybijać się w powietrze z dachów samochodów, ale także ślizgać po czym tylko się da. Ogarnięcie płynnych połączeń kombinacji ruchowych zajmie Wam od kilkunastu do kilkudziesięciu minut, ale kiedy już pojmiecie jak odpowiednio przemieszczać się bohaterem, poczujecie duże pokłady frajdy. Ślizg po barierce, skok na dach auta, potem budynku, wybicie się z parasola, bieg po ścianie, a potem podwieszenie się na przewodach i długi ślizg do skrzyżowania. Brzmi nieźle, a wygląda jeszcze lepiej. W dodatku taki sposób poruszania się jest nie tylko efektowny, ale i szybki, dzięki czemu nie telepiecie się w nieskończoność do zaznaczonego na mapie punktu. Ani razu nie użyłem opcji szybkiej podróży po mapie, bo i po co? Szkoda mi było tracić jakąkolwiek możliwość pobiegania po Sunset City.

Wspomniane ewolucje mają również bardzo istotne znaczenie dla walki. Po pierwsze, duża mobilność bohatera oznacza, że wrogowie mają problemy z zadaniem nam ciosu lub trafieniem w nas strzałem, po drugie nabijamy energię na specjalnym pasku ulepszającym na jakiś czas nasze ataki. Najlepiej czułem się podwieszony pod przewodami okrążając przeciwników i szyjąc do nich z czego popadnie. Ten system ma jednak ma również swoje minusy. Praktycznie uniemożliwia sprawiedliwą walkę na ulicach. Zeskoczenie na ziemię sprawi bowiem, że nasza postać niewiele zdziała czy to strzelając, czy waląc łomem, mieczem lub kijem baseballowym. W dodatku przyjmie na klatę praktycznie wszystko, co zaserwują wrogowie. Szkoda, że twórcy chcieli zbyt mocno nakłonić do ewolucji, bo w takim układzie przypadkowy upadek na podłoże sprawia, że poczujecie się jak bezbronne dziecko we mgle.

fot. Microsoft

Tych projektów nie zrobili normalni ludzie Pistolet czy strzelba z zapalającymi się pociskami nie brzmią efektownie, ale wyrzutnia wybuchających miśków, naprowadzany mechaniczny pies rozszarpujący przeciwników, wyrzutnia płyt winylowych czy wyrzutnia małych helikopterów z karabinami maszynowymi to już pomysły nieźle wykręcone. Każdą z broni da się ulepszać, podobnie jak umiejętności naszego herosa. Z czasem odblokujecie więc nie tylko silniejszy atak wręcz, czy szybsze ślizganie się, ale także przydające się podczas walki tornado czy atak z powietrza. Najpierw zdobywamy specjalne odznaki, by następnie zamienić je w manipulatory dodające (lub ulepszające) umiejętności naszej postaci. Warto się nimi interesować, bowiem faktycznie wpływają na rozgrywkę. Do tego dochodzą pułapki, które wykorzystacie podczas obrony baz (cykliczne misje podczas których tworzone są dla nas ulepszenia, a naszym zadaniem jest bronienie zbiorników z napojem energetyzującym) - wirniki z ostrzami, katapulty czy działka zamrażające przeciwników.

Nie powinniście narzekać na różnorodność przeciwników. Staniecie naprzeciw kilku rodzajów „przemienionych” - od klasycznego mięsa armatniego, które leci bezmyślnie na bohatera, przez strzelających zielonymi glutami przeciwników, aż do dużych skurczybyków, którzy nie dość, że strzelają, to mają jeszcze w łapie konkretną moc. Do tego dochodzi kilka rodzajów robotów firmy Frizzco, a także inni ocaleni, jak chociażby oddziały Parchów - najemników, którzy chcą zaprowadzić w mieście porządek na własną rękę. Do tego raz na jakiś czas traficie na fabularnego bossa, na którego najzwyczajniej w świecie trzeba znaleźć sposób, choć nie jest to nigdy przesadnie trudne. Niestety, mocno kuleje inteligencja przeciwników - nie ma mowy o kryciu się za osłonami, jeśli już poruszają się celem uniknięcia naszych pocisków, to są to konwulsyjne, bezsensowne akcje, które nie stawiają wyzwania, a jedynie irytują.

Miasto samo w sobie nie robi wielkiego wrażenia i daleko mu do rozmachu metropolii znanych z GTA czy inFamous. Raptem kilka fajnych miejscówek, pozostała część to raczej niewyróżniające się niczym i ulice, ale i tak nie będziecie na to zwracać specjalnej uwagi, traktując budowle jako elementy do ślizgu. Duży minus za to, że w mieście nic się nie dzieje - gdzieś tam biegają bezmyślnie i chaotycznie przeciwnicy, ale poza tym Sunset City świeci pustkami. Niby to logiczne przy każdego rodzaju apokalipsie, ale ani razu nie poczułem chęci, żeby zatrzymać się gdzieś dłużej niż to konieczne.

fot. Microsoft

Nie jestem miłośnikiem burzenia czwartej ściany, ale Sunset Overdrive robi to całkiem nieźle, przy okazji wpisując pewne zabiegi w brak sensu całej opowieści. Wielokrotnie nasz bohater, będzie rzucał do nas tekstami, a także słuchał głosu przypominającego, że uczestniczymy w grze. Najfajniejszy zabieg tego typu znajdziecie jednak dopiero w ostatnim kwadransie gry.

Chaos, wszędzie chaos! Nie podoba mi się sposób, w jaki uruchamia się wieloosobowy tryb Brygada Chaosu. Należy bowiem odnaleźć jedną z rozrzuconych po mieście budek telefonicznych - zdecydowanie przyjemniej byłoby po prostu wejść w jakąś zakładkę w menu. Ale jeśli przymkniecie na to oko, to czeka na Was bardzo przyjemna zabawa. Wspomniana Brygada Chaosu to bowiem przeznaczona dla ośmiu graczy kooperacyjna sieczka, w której dzielna ekipa musi stawić czoła wyzwaniom (głosuje się na nie przed każdą z rund). Wybijanie potworów, chronienie konwoju czy na przykład wspinanie się na jakiś budynek bez upadku. Miłe uzupełnienie trybu fabularnego, które przy okazji jest z nim w pewien sposób powiązane. Do zabawy wieloosobowej przenoszona jest bowiem postać z wątku fabularnego,  użyjecie więc odblokowanych broni i umiejętności.

Motyla noga Sunset Overdrive jest w pełni spolonizowane, co oznacza, że posłuchamy polskich aktorów. Dubbing nie rzuca może na kolana, ale też trudno się do czegoś przyczepić. To gra maksymalnie wyluzowana więc taki jest i sam język używany przez postaci - sporo tu wulgaryzmów, których nikt nie ugrzeczniał znienawidzoną „cholerą”. Usłyszycie więc grzecznościowe zwroty na literę „k”, „ch” i „p”, a także epitety, których zabraniano używać w szkole. Nie jestem fanem wulgaryzmów, ale tu pasują bardzo dobrze i cieszę się, że nikt nie próbował ich wyciąć. Fajne są też komentarze podczas bardziej efektownych akcji, szczególnie kiedy w tle leci energetyzująca, mocno gitarowa muzyka. Nie spodziewałem się zbyt wiele po samym kodzie, który na przedpremierowych pokazach potrafił mocno chrupnąć lub zawiesić konsolę, na szczęście finalna wersja poradziła sobie z tymi problemami. Jest bardzo płynnie, bez spadków animacji i przycięć. I całkiem niebrzydko, choć graficznie Sunset Overdrive nie zachwyca. Mamy tu fajny, słoneczny klimat, kilka niezłych widoczków, ale generalnie wizualnie jest tylko poprawnie.

Werdykt Sunset Overdrive to jedno z moich prywatnych zaskoczeń tego roku. Niespełna dwa miesiące temu testowałem wcześniejszą wersję gry i byłem na nie. W drugiej godzinie zabawy byłem już jak najbardziej na tak i trudno było mnie odciągnąć od konsoli. Wykręcona przygoda, która ani na chwilę nie zwalnia tempa. Bardzo fajnie poprowadzone, różnorodne misje, specyficzny, bardzo luzacki humor, a do tego świetny system przemieszczania się po mieście. Przełomu w grach tego typu nie ma, ale Sunset Overdrive to naprawdę solidna dawka adrenaliny, gra z charakterem, która potrafi przykuć do telewizora na długie godziny.

Paweł Winiarski

Platformy: Xbox One Producent: Insomniac Games Wydawca: Microsoft Dystrybutor: Microsoft Polska Data premiery: 31.10.2014 PEGI: 16 Grę do recenzji udostępnił dystrybutor.

Źródło artykułu:Polygamia.pl
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)