Przynajmniej do momentu, gdy na drodze staje przedziwny system tego tytułu. Być może ktoś, kto utopił już sporą część jesieni w testach wersji alfa i beta, a od premiery sklepowej młóci w Steepa nieustannie, powie mi, że nauczyć tutaj można się wszystkiego. Ale jeżeli po kilkunastu godzinach intensywnych prób nadal nie potrafię wykonać dwóch perfekcyjnych skoków pod rząd, przestaję wierzyć w taki gitgudyzm. Dziwnie też, że o wiele łatwiej wykuć i kreatywnie wykorzystywać wszelkie triki czy wykrzywienia ciała niż podstawy poprawnego wyskoku. Osoby kojarzące wirtualny snowboard z beztroskim szaleństwem muszą dodatkowo uważać - gra karze za przesadnie arcade'owe podejście wahaniami czujnika przeciążenia. Czasem w najfajniejszych momentach trzeba, niestety, zwolnić, by utrzymać się na desce. Bo jak raz wywiniecie orła, mając przed sobą wyłącznie długi spadek, pokraczny taniec szmacianej lalki będzie trwał dłuuugo.Wywijanie popisów powinno pójść Wam już sprawniej niż w becie. Kluczowe jest wyćwiczenie, że wszelkie triki rozpoczynamy ułamek po wyskoku. Klikać zaczyna chwilę dalej. Na początku zastanawiałem się, czy jest tutaj coś więcej niż obrót wokół własnej osi lub backflip (bo samouczek trików wisi... na YouTubie, gra otwiera osobną aplikację, gdy próbujesz go włączyć). Kilka dni później kręciłem już piruety z podwójnymi grabami. Ze względu na wspomniane, nieintuicyjne wybijanie się z większości powierzchni, o wiele łatwiej przychodzi w Steepie nabicie kilkudziesięciu tysięcy punktów za szpanerstwo w powietrzu na stromym stoku niż na teoretycznie przystosowanej do tego rynnie. Ale pewnie i tę można w końcu, przy odpowiednim samozaparciu, opanować. Wiele osób nadal się skarży, że nie sposób tego ogarnąć - daję słowo, że sposób.Nieprzyjemne bywają jeszcze wszelkie kolizje. Taka cena otwartego świata, że robaczki kryją się w nim może nie za każdym rogiem, ale z pewnością na większości progów. Przeprawa przez zrujnowaną wioskę będzie raczej stresem niż czystą przyjemnością, bo postać nie lubi obcierać się o jakiekolwiek obiekty. Na szorstki kontakt ze ścianą lub bocznymi fragmentami deski służącej domyślnie jako wyskocznia reaguje niczym dziecko - pada na ziemię, odmawia współpracy. Koniec końców zaczynam się pocić, gdy w dole widzę zbliżające się płotki, bo slalom między nimi zadecyduje o tym, czy grać będę dalej, czy zrestartuję dane wydarzenie. Nawet jeśli bez loadingu. Gdybym w którymś momencie progresu nauczył się szybciej podnosić swojego wypchanego trocinami herosa, denerwowałoby mnie to trochę mniej.W dalszej kolejności rzeczy mniejsze, ale wcale nie nieistotne. Przez to, że mapka, którą przeglądasz w poszukiwaniu nowego zajęcia, musi być przygotowana na ruszenie zabawy zewsząd, próbuje ukryć ciągłe doczytywanie danych i często "zjada" wydarzenia. Serwery nadal działają, jak mają ochotę, więc ludzie rozpływają się w powietrzu - albo przenoszą o trzy kilometry dalej z własnej woli, bo ciągle się wywracają na jakimś trudnym fragmencie, ja tam nie wiem. Poruszanie się na piechotę jest boleśnie ślamazarne, więc będziecie go unikać jak ognia. Wreszcie dźwięk - utwory muzyczne (z których zapamiętałem tylko "Freestyler", bo to kozacki wybór do wywijasów na halfpipie) oraz dziwne wycinki dialogów giną w ogólnym miksie. To już nie jest beta, tylko sprzedawana po pełnej cenie produkcja, tak nie wolno. A perspektywa z kamerki GoPro na czole nadaje się wyłącznie do oglądania powtórek.