Otóż nie.Mało, że się nie zorientowali, ale wręcz im się spodobało. Cow Cliker zaczął zyskiwać popularność, a wraz z nią nieuchronnie pojawili się fani, wydający prawdziwe pieniądze na wirtualne krowy. Część graczy zostawiała recenzje (“Jest okej, ale bez rewelacji”). Niektórzy przesyłali Bogostowi sugestie poprawek, by ucznić grę lepszą. Ktoś napisał poradnik (sic!). Po paru miesiącach kilkadziesiąt tysięcy ludzi codziennie klikało na swoje krówki, generując ponad dwa miliony kliknięć na dobę. Liczba śmiesznie mała w porównaniu z FarmVille (110 zrejestrowanych milionów graczy w okolicach premiery Cow Clickera), niemniej zaskakująco wysoka jak na aplikację pomyślaną jedynie jako sarkastyczny komentarz inteligenta, zniesmaczonego trendem bezmózgich klikadełek z firmy Zynga.Ian Bogost próbował podkreślić bezsens swojej gry na różne sposoby. Dokładał nowe krowy, coraz bardziej absurdalne: Złotego Cielca (oczywiste kontacje biblijne), Lovecraftiańską (zielona z mackami) czy wreszcie Krowę Stojącą Pyskiem W Drugą Stronę (2500 jednostek waluty lub dwadzieścia dolarów). Dodał możliwość donacji na organizację charytatywną Oxfam, tak by podarowała ona krowę głodującym w krajach trzeciego świata. Zaczął sprzedawać gadżety z krówkami: t-shirty, kubki, podkładki pod myszki, naklejki i inne tego rodzaju głupotki. Wszystko na nic - gracze nadal uparcie klikali i co jakiś czas wydawali pieniądze. Leigh Alexander w artykule na Gamasutrze z 2010 roku cytuje Bogosta mówiącego: “Martwią mnie grający w Cow Clikera. Nie powinni grać w Cow Clickera.”Po roku Ian Bogost wreszcie się poddał. Poza ewidentnym problem z percepcją gry, twórca zmęczył się wysiłkiem jakiego wymagało jej utrzymanie. Poprawki i łatanie błędów, przejście z prywatnego serwera na rozwiązanie w chmurze by udźwignąć zwiększony ruch, projektowanie i dodawanie nowych krów - wszystko to zajmowało Ianowi ponad dziesięć godzin każdego tygodnia. W 2011 rozpoczęło się zatem odliczanie do wydarzenia zwanego Krowapokalipsą (“cowpocalypse”). Co prawda Bogost nigdzie nie napisał co to oznacza, ale nazwa ewidentnie sugerowała dramatyczne zakończenie. Żeby było śmieszniej, w prześmiewczym duchu Cow Clickera można je było opóźnić za stosowną opłatą. I - znowu - znaleźli się ludzie, którzy tak obawiali się o los swoich wirtualnych krówek, że płacili prawdziwymi pieniędzmi za oddalenie od nich niesprecyzowanego zagrożenia. Pomimo ofiarności mierzonej w setkach dolarów, o godzinie 7:20 dnia 7 września 2011 roku wszystkie krowy zostały wniebowzięte. Choć technicznie rzecz biorą gra istnieje nadal, nie znajdziemy w niej już ani jednej mućki - zostały po nich tylko spłachetki trawy. Mimo to najzagorzalsi gracze wciąż klikają na puste miejsca, gdzie kiedyś stały ich krowy. Najłatwiej jest podśmiewać się z ludzkiej głupoty, można jednak na tę całą historię spojrzeć pod kilkoma kątami. Prawo Poego - a w każdym razie jedno z praw jednego z Poech - mówi że w internecie ciężko jest rozpoznać intencję użytkowników. Parodia ekstremizmu jest nie do odróżnienia od faktycznego ekstremizmu, a osoba psychicznie chora od trolla, który paranoiczne teorie snuje dla śmiechu. Pytanie ilu użytkowników Cow Clickera grało z przymrużeniem oka, a ilu faktycznie uzależniło się od klikania w krówki, pozostaje bez odpowiedzi. Nick Yee, naukowiec z centrum innowacji firmy Xerox, nazwał tę grę zupełnie przezroczystą klatką Skinnera - mimo to dla części graczy prostackie mechanizmy wystarczyły, by wciągnąć się w pozbawioną sensu i nagrody czynność. Osobiście nie mogę uwolnić się od smutnego obrazu kogoś, kto tak przywiązał się do swojej krówki i powtarzalnego klikania w nią, że płaci za odsunięcie fikcyjnej krowapokalipsy realną walutą. Jak wygląda jego czy jej życie poza Cow Clickerem?Ta sprawa ma też poważniejszy wątek - bezpieczeństwo danych. W 2018 roku, już po wybuchu afery Cambridge Analytica, Ian Bogost opisał w artykule dla “The Atlantic” mechanizmy zbierania informacji o użytkownikach gry. Choć Cow Clicker funkcjonowała wiele lat temu, dane które zdobył wtedy Bogost od tamtej pory tkwią na jego serwerach, poza zasięgiem Facebooka i jakąkolwiek kontrolą. Ten konkretny wykładowca akademicki nie wykorzystał ich w żaden niecny sposób, jednak przykład Aleksandra Kogana, również pracownika naukowego, który przehandlował zebraną przez siebie bazę danych z informacjami o 50 milionach użytkowników firmie Cambridge Analytica pokazuje, że zagrożenie nie jest wcale, proszę wybaczyć żarcik, problemem czysto akademickim. Parafrazując zatem stare powiedzenie: nie miej konta na Facebooku. A jeśli masz, to nie graj w głupie gierki. A jeśli już grasz, to nie udostępniaj wrażliwych danych. A jak udostępniłeś, no to się potem, krowa, nie dziw.