Gdzieś pośrodku tak zaaranżowanego bagna znajduje się cała ekipa filmowa. Budżetu wystarczyło na kilkanaście minut scen akcji w świetle słonecznym, dlatego przygotujcie się na ciągły, utrudniający rozeznanie mrok. Montażyści najwyraźniej przed pracą w branży byli specami od tortur - tutaj zwykła wymiana ciosów, trwająca około pięciu sekund, sklejona jest z dziesięciu różnych ujęć, tak odmiennych, że niejednokrotnie wolałem zamknąć oczy niż narażać je na próbę nadążania za projekcją. "Film, od którego bolą oczy" - dlaczego takiego hasła zabrakło w zwiastunach? Dźwiękowcy z kolei woleli postawić na "horror", by zatoczyć swoje wyobrażenie koła, stąd każda scena, w której nikt nie strzela - wbrew pozorom, nie taka rzadkość - wypełniona jest koszmarnie głośnymi jump-scare'ami. "Ostatni rozdział" trwa sporo ponad półtorej godziny. Sami chyba potraficie sobie wyobrazić, jak przyjemnie mija ten czas.Należę do takiego rodzaju publiczności, która "Residentami" lubiła ozdobić zakrapiany maraton filmowy w gronie zaufanych znajomych. Do weteranów, jeżeli to słowo nie napawa was strachem. Ale nawet mnie nie ruszają ukłony przed piętnastoletnim uniwersum. Jeżeli już, jestem gorzko rozczarowany. Albert Wesker, który wyrósł na niezniszczalnego arcywroga Alice, nie dostaje tutaj ani jednej popisowej sceny, natomiast kwestia jego boskiej mutacji chyba wypadła z głowy Andersonowi. Kończy, jak gdyby nigdy w filmach nie miał żadnego znaczenia. Finałowa nawalanka w korytarzu z laserami (na pewno pamiętacie takowy z "jedynki") tylko uzmysławia, jak niewiele elementów tych dziełek odbiło się szerszym echem w popkulturze. Podobne znaczenie ma powrót Claire Redfield. Jedynej dawnej postaci, jaką zdecydowano się wepchnąć do ostatniego rozdziału. Mając w pamięci cosplayowy charakter "Retrybucji" - może tak jest nawet lepiej.Po seansie w głowie pozostaje wyłącznie montażowa rzeźnia. Albo kiczowata sekwencja ze "smokiem", którą należało wepchnąć po ostatnim cliffhangerze. Bez kilku sporządzonych na telefonie notatek byłbym dzisiaj zupełnie bezradny. Odejścia od wewnątrzkadrowej symetrii próbują pokazać "patrzcie, tym razem mieliśmy wyższe ambicje!", tymczasem jednak działają zupełnie odwrotnie. Filmy numer cztery i pięć niczego nie ukrywały. Robimy postmatriksowe kino, pełne zwolnionego tempa, leniwie tnących powietrze pocisków, które powinno być konsumowane w towarzystwie z wieloma miskami popcornu. Wiemy, jakie to jest głupie. Wiemy, jak nienawidzą nas gracze, ale to do nich szczerzymy korporacyjne zębiska. Tworzymy rozrywkowe dno i nigdy nie zamierzamy przestać. Fajne podejście, mimo wszystko. Ale gdy w końcu postanowiono zakończyć całe show, zrezygnowano z jego najzabawniejszych atrybutów.