"To nie jest kolejna gra wideo. To jedno z najcudowniejszych doświadczeń, jakich doznałem z padem w rękach" - myślałem coraz częściej, pewnie dużo prostszym językiem. Niewiele później, gdy świat żegnał się z szóstą generacją konsol, Shadow of the Colossus wymieniałem pewnym głosem wraz z kilkoma TYMI grami. Wiecie, tymi, które spowodowały, że poważnie zacząłem myśleć o pisaniu o grach.Odnoszę wrażenie, że przestaliśmy narzekać na remake'i. Wręcz przeciwnie - witamy je z otwartymi rękami, bo pozwalają łączyć przeszłość z teraźniejszością, przypominają, uświadamiają, ułatwiają nadrabianie coraz większych zaległości. Chcę, żeby nowe pokolenie znało Shadow of the Colossus. Ale przecież nie pożyczałbym mu w tym celu ledwo dyszącego PlayStation 2. Wiem, kilka lat temu był remaster. Jeden z wielu, jakie nękały poprzednią generację. Nie grałem, nie czułem potrzeby, nie będę go zatem porównywał. Zdecydowanie wolę drogę, jaką studio Bluepoint obrało obecnie - remake pełnoprawny, zbudowany od podstaw, ale w absolutnej wierności wobec oryginału. Czyli to, co pamiętam, ale wyglądające tak, jak pamiętam, a nie jak wyglądałoby, gdybyśmy rzeczywiście odpalili archaiczny sprzęt.Nowe Kolosy są przepiękne. Mogliście to zauważyć w naszej galerii, widzicie to na każdym materiale wideo. Pusta kraina umożliwiła powalającą oprawę. Nawet na standardowym modelu PS4, nawet na przestarzałym telewizorze Full HD. Dla zardzewiałego pokolenia, które w tym przypadku już reprezentuję, to właśnie piękno będzie fundamentalną zachętą do podróży w czasie (no, i stałe trzydzieści klatek - oryginał nawet się nie zbliżał). Młodym nie zrobi szczególnej różnicy. Tylko że to ich czeka TO doznanie. Nie mnie. Kolosy padały w przerażająco szybkim tempie. Dłużej niż dwadzieścia minut (wliczając pstrykanie godnych fotek) zajął mi tylko ostatni przeciwnik. Tak, nadal nie jest do końca jasne, jak można się na niego wspiąć.