Ale nie tylko producenci sprzętu byli obecni na IEMie. Zafrapowało mnie stanowisko Wedla z naturalnych rozmiarów zebrą, czy Lotto.W tej hali spędziłam całkiem sporo czasu, ponieważ na każdym kroku coś się działo. Zbity tłum majaczący za zakrętem zwiastował jakiś konkurs albo po prostu giveaway. Ale mimo emocji, ludzie potrafili się zachować. To samo dotyczy zresztą samych finałów, które miałam okazję obejrzeć. I tutaj od razu zdradzę sposób na polubienie e-sportu – to są właśnie tego typu wydarzenia. Świetnie przygotowane, ze znakomitymi komentatorami i bardzo dobrą pracą kamery, ale też z bardzo pozytywną publicznością, w której nie ma miejsca na kiboli. Opowiem Wam pokrótce o dwóch finałach, które zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.Starcraft 2 rozgrywany był w niedzielę w połowie dnia. Tutaj prym wiedli, jak co rok, Koreańczycy. W finałach starli się Eo „soO” Yoon Soo i Kim „Stats” Dae Yeob. Rozgrywka toczyła się zatem non stop po obu stronach, a jednak umiejętnie dobrane ujęcia pozwalały nadążać za akcją. Widać było, jaką taktykę stosuje doskonały technicznie Protoss (Stats), który umiejętnie wykorzystywał drogie jednostki dysponujące ciekawymi umiejętnościami. Jego wykorzystanie Stormu na grupach Roachy najczęściej decydowało o wyniku meczu. A jednak wygrał soO – Zergowie, moja ukochana rasa, której po cichu kibicowałam, pokonali Protossów z wynikiem 4:2. Dla soO ta wygrana była jak literacki Nobel dla Murakamiego – od wielu lat lądował na drugim miejscu i nie był w stanie przebić się wyżej.A po krótkiej przerwie na lunch nadeszła pora na finały CS:GO. To jest wisienka na torcie, wydarzenie wieńczące całą imprezę, przygotowane z niesamowitą pompą. Astralis, znana od lat, doświadczona drużyna z Danii, starła się z fińską drużyną Ence. Ci drudzy wypłynęli nagle w kwietniu 2018 roku (po przerwie, bo sama drużyna istnieje od 2013 roku) i z miejsca zawojowali scenę CS-a. I mimo że przegrali z kretesem – pierwsza mapa z 11 zwycięstwami dla Duńczyków , druga z 14, a trzecia aż z 15, to słychać było, że zdobyli serca kibiców. Każda ich wygrana wieńczona było okrzykami i brawami. Astralis wrócił do domu z 500 tysiącami dolarów nagrody i pucharem, zaś Ence z 150 tysiącami, ale myślę, że kariera Finów dopiero się rozkręca.A pod koniec czekał mnie długi powrót do domu - dojechaliśmy do Warszawy po drugiej w nocy. Dobry humor mnie nie opuszczał. Miałam ochotę pograć, wspominając umiejętności profesjonalnych graczy i ich taktyki. To jest właśnie to, co mnie w e-sporcie ujęło, świadomość, że mogę uczestniczyć w ich doświadczeniu po swojemu, w domu. Może i nic nie wygram ani nikt nie będzie świadkiem jak gram (na szczęście), ale nie czuje się ograniczona ani finansowo, ani fizycznie. Każdemu, kto chce przyjrzeć się e-sportowi, polecam IEM, zwłaszcza ostatnie dni, kiedy to odbywają się finały. Duch przyjaźni (chociaż podczas showmatchu trybu Danger Zone niektóre wypowiedzi były mało sportowe) przenikał się z dużym stresem. Ujęcia z meczów były świetnie wykadrowane, co dodatkowo podkręcało atmosferę. To jest coś, co chętnie częściej bym oglądała. I co wszystkim Wam z całego serca polecam.