"Na końcu wchodzą ninja" - recenzja

"Na końcu wchodzą ninja" - recenzja29.11.2015 17:48
"Na końcu wchodzą ninja" - recenzja
marcindmjqtx

Współscenarzystka Wiedźmina 3 i dodatku "Krew i wino" bierze się za powieść obyczajową o polskich twórcach gier. Czy warto zainteresować się tą pozycją? Zdecydowanie.

Na początku wchodzi Finnley - kanadyjski traper, główny bohater gry fikcyjnego studia Nasty Oranges. Pierwsze strony nowej powieści Saszy Hady mogą sugerować, że z klimatów kryminalnych autorka przeniosła się na Dziki Zachód, gorączkę złota i ściśle przygodowy dryg. A przy tym niespecjalnie odkrywczy. Wystarczy jednak przebić się przez te kilkadziesiąt akapitów prologu, by odkryć, że to tylko szkatułkowość, historia w historii, a tak naprawdę głównym bohaterem "Na końcu wchodzą ninja" jest wspomniane już polskie studio deweloperskie, tłem powieści współczesna Warszawa, zaś głównym gatunkiem, który ją prowadzi - zakrapiany humorem oraz ironią obyczaj.

Trzeba od razu zaznaczyć, że tematyka książki jest jej najmocniejszą stroną. Hady zapełnią nią pewną niszę - mamy przecież coraz więcej publikacji biorących rodzimą (i nie tylko) branżę gier wideo w reportażowe szpony, ale wciąż unikatowe jest użycie growej scenerii jako tła do opowiedzenia osobistych, obyczajowych historii. Dzięki temu "Na końcu wchodzą ninja" pachną świeżością, czymś ekscytującym i niezbadanym, a każdy, kto choć trochę interesuje się elektroniczną rozrywką, poczuje się w realiach powieści jak w domu. Zwariowanym, oblepionym plakatami z komiksów i zagraconym figurkami z edycji kolekcjonerskich gier domu.

Ale o co właściwie chodzi? Mamy listopad 2013 roku w siedzibie Nasty Oranges - warszawskiego studia deweloperskiego, które pracuje nad czwartą odsłoną serii gier Road to Fort Fraser traktujących o kanadyjskim traperze Finnleyu i jego awanturniczej, ostrej i niespełnionej miłości Avery. Twórcy uzbierali fundusze na Kickstarterze, ich ambicje sięgnęły nieba, gdy obiecali światu rozbudowaną grę RPG z otwartym światem i poprawionymi wszystkimi elementami z poprzednich części, terminy gonią, oczekiwania fanów rosną... A w niewytłumaczonych okolicznościach znika nagle duchowy ojciec Finnleya i creative director całego projektu, Jasiek Ritmeijer. Znika, pozostawiając całą ekipę pracującą nad Road to Fort Fraser 4 bez pojęcia, o czym właściwie jest ta gra. Jednocześnie prosto z korpoświata do studia przybywa nowy producent Marcin, który z początku traktuje swoją pracę jak egzotyczny, pstrokaty i rozkrzyczany przystanek na drodze do innej, poważniejszej pracy, a potem coraz bardziej angażuje się w samą grę, szaloną atmosferę Nasty Oranges i tajemnicę zniknięcia Jaśka.

Tak prezentuje się wstęp fabularny powieści. Potem, z każdą kolejną stroną, "Na końcu wchodzą ninja" stają się coraz większym kolażem najróżniejszych wątków obyczajowych zlepionych ze sobą motywem przewodnim, jakim jest praca nad grą. Postacie zakochują się, odkochują się, kradną sobie dziewczyny, przeżywają czyjąś śmierć, zaprzyjaźniają się z kochankami swoich ojców, dostają po mordzie na ulicach nocnej Warszawy, piją alkohol, więcej alkoholu, jedzą pizzę, odkrywają intrygi w studiu i przede wszystkim crunchują*, crunchują, jakby jutro miała być premiera, crunchują do nieprzytomności, upadłego i utraty życia prywatnego.

Postaci jest bardzo dużo i przez dłuższy czas łatwo gubić się w tych wszystkich Krzyśkach, Wojtkach i Martach. Ich wątki zazwyczaj są ciekawe, pobudki prowadzące do różnych wydarzeń przekonujące, charaktery wyraziste. Bohaterowie mają krew, kości, mózgi, kręgosłupy. Książka jest długa i miejscami niestety nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że kilku podrozdziałów mogłoby spokojnie nie być, bo ani nie pogłębiały żadnego bohatera, ani nie ruszały fabuły do przodu. Były to jednak sporadyczne sytuacje, które nie zmniejszały mojego zainteresowania, jak potoczą się wszystkie wątki - zarówno quest główny, jak i te poboczne, często nie bojące się nutki dojrzałego dramatyzmu w lekkiej kompozycji powieści. Przez większość czasu kolejne strony połykało się z przyjemnością i wielkim zaciekawieniem.

Z pewnością pomaga w tym lekkie pióro Hady dodatkowo wzmocnione popkulturowym arsenałem. Powieść czyta się bardzo szybko, kolejne akapity są lekkie, a humor skrzy się w niemal każdej sytuacji. Autorka nie boi się kolokwializmów i okazyjnych bluzgów, nawet w narracji, ale nie sprawia to w żadnym wypadku prostackiego wrażenia. Wręcz przeciwnie: dobrze podkreśla świat, który opisuje język, unaturalnia dialogi, czasami śmieszy i odejmuje akapitom parę kilogramów.

Z oczywistych względów w książce znajdziemy też mnóstwo popkultury, głównie z zakresu gier, komiksów i filmów (choć nie brakuje też klasyków literatury czy tych współczesnych gigantów w rodzaju Murakamiego). Każdemu człowiekowi, który się tym interesuje, sprawią one autentyczną przyjemność i pomogą uwierzyć w świat przedstawiony, choć z raz czy dwa miałem wrażenie, że jakieś popkulturowe mrugnięcie jest tutaj wstawione trochę na siłę, byle było. Ale może to tylko wrażenie? Ostatecznie te wszystkie StarCrafty i Jonowie Snow produkcji przede wszystkim cieszyły.

Zawiodło za to zakończenie. Wszystkie ważniejsze wątki doczekały się niby jakiegoś subtelnego zamknięcia, "puenty" może nie są spektakularne, ale mają sens, niestety po przeczytaniu ostatniego zdania trudno nie czuć niedosytu, i to nie tego z rodzaju pozytywnych. W świecie Nasty Oranges spędziło się tyle czasu, że chciałoby się czegoś więcej, czegoś zgrabniej zaakcentowanego. Zakończenie zaproponowane przez Hady wydaje mi się zbyt nagłe, toporne i niewyważone. Zamykając książkę, zamiast myśleć "łał, no to ładnie się to wszystko rozegrało", myślałem raczej: to już?

Nie zmienia to jednak faktu, że wspomnienia pozostały pozytywne, bo "Na końcu wchodzą ninja" to dobrze napisana, luźna i przede wszystkim szalenie interesująca powieść. Daniem głównym jest tu z pewnością niezwykle szczegółowe poznanie kulis prac nad wielkim tytułem AAA - oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że wszystko jest przekoloryzowane i pokrytę porządną warstwą ironii, ale nawet wtedy czytanie o ukochanym hobby w kontekście powieści obyczajowej to świetna gratka. I przyjemna, i w pewien sposób edukująca.

Interesujesz się grami? Lubisz powieści obyczajowe? Jeśli tak, myślę, że powinieneś przekonać się, czy na końcu rzeczywiście wchodzą ninja.

Patryk Fijałkowski

* crunch - "okres intensyfikowania prac nad grą, przypadający na koniec projektu, kiedy okazuje się, że nie zdążymy na czas"; czyli coś w rodzaju przymusowych nadgodzin; terminów związanych z gamedevem w książce jest mnóśtwo i wszystkie wytłumaczone są w rozbudowanym słowniczku przygotowanym przez autorkę; duży plus!

--

Zainteresowaliście się książką? Możecie wejść na Woblink, wyszukać książkę i pod jej ceną wpisać jeden z pięciu poniższych kodów udostępniających "Na końcu wchodzą ninja" za darmo. Następnie wystarczy dodać powieść do koszyka i sfinalizować transakcję. Kto pierwszy ten lepszy! Oto jednorazowe kody:

fgdqrwiq capalmom vgzfqxvw jdbazsta zoauxmzg fgdqrwiq capalmom vgzfqxvw jdbazsta zoauxmzg

327131579871811626
Źródło artykułu:Polygamia.pl
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)