Tymczasem wiele moich znajomych, które od lat są częścią fandomu, czy to fantastycznego, czy to gier role-playing, po publikacji tego tekstu zaczęło opowiadać o tym, że w przeszłości wiele razy spotkała je krzywda. Różna. Obleśne uwagi. Obmacywanie. Wirtualne gwałty na sesjach. Brzydzi mnie reakcja wielu fanów na ten tekst. Brzydzą mnie osoby, które za najważniejszy problem uznały wizerunek pijarowy fandomu. Brzydzą mnie osoby, które w kilometrowych facebookowych dyskusjach dowodzą, że nigdy nie spotkały się z problemem, więc on nie istnieje. Brzydzą mnie ci, którzy mówią, że owszem, istnieje, ale to przecież nie problem, bo „takie jest życie” albo „jak się nie podoba to wyjdź”. Brzydzą mnie ludzie, którzy mają dobre rady dla ofiar wirtualnych gwałtów, które brzmią szokująco identycznie jak „dobre rady” dla ofiar gwałtów prawdziwych. Z komentarzy pod listem szczególnie celnie punktuje Joanna Szturemska: - Nie, proszę Pana. Myli się Pan. Ci ludzie [doświadczeni np. przez gwałty w sesjach RPG - wyj. red.] będą mieli problem w każdej dziedzinie życia. I nie jest winą kierowcy autobusu, że się nie zatrzymał gdy bali się o to poprosić. Nie jest winą mg, że nie zareagował, kiedy nie powiedzieli że jest to potrzebne. Tacy ludzie potrzebują pomocy specjalistów a nie mistrzów gry. A Pan, Panie Michale, i ludzie Panu podobni, utwierdzają tych ludzi w przekonaniu, że świat przyjmie na siebie odpowiedzialność za ich problemy. Nikt tego nie zrobi, i empatia nie ma tu nic do rzeczy.