Nie wiesz w co grasz, ale może to być Piątek Trzynastego. Może to być właściwie każda znana ci ze slasherów fabuła, jeśli uwierzysz w to dostatecznie mocno. Chociaż tekst na początku rzeczywiście mówi o tym, że jesteś w obozie Crystal Lake, a pierwszy ekran ukazał dobrze znaną ci maskę hokejową, rozgrywka nie wydaje się wspierać fantazji, znanej z wielkiego ekranu. Jesteś bliżej niezidentyfikowanym człowiekiem. Tobie i twoim przyjaciołom (wyglądającym podobnie do ciebie) zagraża Jason Voorhees. Ale czy to na pewno Jason? Znowu spoglądasz na maskę z okładki gry. Potem na czarnego ludzika, który do złudzenia przypomina ci postać, w którą się wcielasz. Podnosisz jedną z wielu dostępnych broni. Zabijasz go. Gra się nie kończy. Zabijasz go jeszcze kilka razy. Zawiedziony, wyłączasz ZX Spectrum. Chyba przestaniesz kupować gry, które powstały na podstawie filmów…No cóż. Kierujesz załzawione oczy w stronę półki, gdzie oczekuje na ciebie ostatni tytuł, który kupiłeś w tym roku. Nightshade. Uruchamiasz grę spodziewając się najgorszego, ale po cichu licząc na najlepsze. Jeszcze się nie uruchomiła, a już rośnie w tobie napięcie! Ale miała przecież takie dobre recenzje. Musi być w niej cokolwiek, co mogło zadowolić krytykę i graczy…Z ulgą wypuszczasz powietrze. Nightshade wygląda fenomenalnie. Jesteś zachwycony animacją i szczegółowością przedstawionego świata. Jesteś rycerzem (lub dość dziwnie ubranym indywiduum; stawiasz na rycerza). Dostałeś się do tytułowego miasteczka Nightshade, którego mieszkańcy, na skutek zainfekowania się dziwną chorobą, przemienili się w demoniczne bestie. Twoim zdaniem jest zgładzić cztery demony (przypominają ci o tym ich podobizny, widoczne cały czas w dolnej części ekranu), ukrywające się gdzieś w miasteczku. W tym celu znaleźć musisz przedmioty, które zgładzą monstra. Nightshade przemawia do ciebie.Podoba ci się izometryczny rzut, w którym przedstawiona jest gra. Czujesz napięcie, kiedy uliczkami gonią cię przerażający mieszkańcy. Przypomina ci to trochę klimat opowiadań Lovecrafta, które to zwykłeś czytać do poduszki. Kiedy któraś z kreatur cię dosięgnie, twoja postać zmienia kolor. Z białego wkrótce staje się żółta. Potem zielona. Rycerz umiera. Twoja wyobraźnia maluje obraz rozpaczliwej śmierci z powodu dziwnej choroby, którą bohater został zarażony.Wkrótce znajdujesz jednak klepsydrę i pokonujesz czwartego demona (kochasz melodyjkę, która towarzyszy walkom z bossami). Czujesz się dobrze, chociaż kosmiczna groza obudziła się gdzieś w twojej podświadomości, najprawdopodobniej przez skojarzenie z Lovecraftem. Wiesz już, że tej nocy będziesz miał problemy z zasypianiem.Jesteś wzrokowcem. Nie ma co ukrywać, Nosferatu the Vampyre wygląda cudnie. Kolejny izometryczny diamencik w twojej kolekcji. Komnaty zamku wampira oddane są z wyjątkowym realizmem. Czujesz się, jakbyś tam był. Klimat buduje również muzyka. Napięcie wzrasta. Wciąga cię również historia. Wcielasz się w bohaterów znanych ci z fikcji o wampirach (tak, czytałeś też „Draculę”, naprawdę lubisz teksty grozy!), Jonathana i Lucy. Rozgrywka podzielona jest na dwie części – każda z nich ma inny cel i każda pozwala ci się wcielić w inną postać. Jako Jonathan starasz się zrobić wszystko, by uciec z zamczyska. Potem wcielasz się w Lucy. Musisz zwabić wampira do sypialni. Tam podła kreatura ginie. Ekran gratuluje ci zgładzenia Nosferatu. Ocierasz pot z czoła i odkładasz grę na półkę.Lata osiemdziesiąte powoli się kończą. Zaczynasz rozważać odłożenie swojego Spectruma na bok i zakup innych platform. Chciałbyś mu dać jeszcze rok. W kościach czujesz, że 1987 pozwoli ci odkryć coś zupełnie nowego. Masz też nadzieję, że Rick Astley – „Never Gonna Give You Up” nie zaginie w szumie historii. Słyszysz ten utwór wciąż w radiu i jakoś nie możesz wyrzucić go z głowy.