Project Gotham Racing 4 - recenzja
Ryk pięciusetkonnych silników niósł się poprzez ulice wielkiego miasta, które, choć nigdy nie śpi, zamarło teraz w niemym zdziwieniu. W strugach ulewnego deszczu, napędzani wysokooktanową mieszanką śmiałkowie, brawurowo pokonywali ciasne zakręty uliczek Brooklynu, chlapiąc wodą na spragnionych mocnych wrażeń gapiów. Cztery koła, ogień pod maską i krytyczny poziom adrenaliny to wszystko, czego trzeba, by wziąć udział w najbardziej szpanerskim z turniejów. A imię jego Project Gotham Racing 4. Pochylcie czoła, bowiem król powrócił.