Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney - recenzja

Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney - recenzja17.04.2014 18:13
Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney - recenzja
marcindmjqtx

Wreszcie doszło do spotkania najbardziej charakternych bohaterów gier na przenośne konsole Nintendo.

Dwie prężne firmy z dwiema mocnymi seriami. Level-5 i Capcom. Profesor Layton i Phoenix Wright. Ci pierwsi zagrywali się w produkt konkurencji i pewnego razu zaproponowali jej połączenie sił. Ekipa odpowiedzialna za przygody adwokata była chętna i zaczęła się niezwykła współpraca. Niezwykła, bo niepolegająca na użyczeniu licencji jednej ze stron, a pracy ramię w ramię. Gra po 1,5 roku od japońskiej premiery wreszcie ukazała się i u nas.

Późny start dokucza przez moment, gdy u boku Phoenixa widzimy Mayę Fay, która ostatnio "wyleciała" z głównego nurtu serii. Ale już chwilę później przestaje nam to przeszkadzać, a zaczynamy doceniać fanserwis - bo sam za Mayą się stęskniłem, a i nowe aranżacje utworów muzycznych z pierwszej części przywołują miłe wspomnienia. "Działkę" Laytona potraktowano podobnie. Cała gra jest wypełniona nawiązaniami, a obaj panowie wypadają na ekranie zadziwiająco spójnie - zgrabnie połączono odmienne style graficzne, a jednocześnie czuć drobne różnice. Choćby w "pikanych" dialogach - miłośnicy oby cykli szybko zwrócą uwagę, że inaczej "pikają" teksty wypowiadanie przez postaci znane z Ace Attorney, a inaczej przez te z Laytona.

Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney - zwiastun Wielkie spotkanie Pan profesor wraz ze swym pomocnikiem Luke'iem spotykają niejaką Espellę Cantabellę, która ucieka przed wiedźmami z tajemniczego, średniowiecznego miasta zwanego Labirynthią. Wkrótce i oni trafiają przypadkiem w to niezwykłe miejsce. Są tam już Phoenix i Maya, których do innego świata wciągnęła magiczna księga. Brzmi nieco chaotycznie i takie jest w istocie, bo twórcy niczym scenarzyści "Losta" mnożą tajemnice, przez co historia długo łapie tempo. W odróżnieniu od nich próbują je wszystkie wyjaśnić, co jednak wychodzi im różnie. O ile finał historii szokuje i zaskakuje, tak zarówno powiązane z nim, jak i wcześniejsze wydarzenia są utkane fabularnymi lukami.

Grę poszatkowano na rozdziały, a samą rozgrywkę podzielono na dwa typy zaczerpnięte ze źródeł. I tak Layton eksploruje lokacje i rozwiązuje zagadki, a Phoenix toczy boje na sali sądowej. Obu typów zabawy doświadczamy na zmianę, przy czym znacznie więcej frajdy sprawiły mi procesy. Prawdę mówiąc laytonowskie zagadki są już drugiej, jeśli nie trzeciej świeżości i mam wrażenie, że z części na część są coraz słabsze. Tu owszem, kilka perełek się znajdzie, ale większość polega na układaniu bądź przesuwaniu elementów.

Phoenixowa konwencja ratuje się nie tylko dlatego, że to w trakcie sądowych batalii poznajemy najistotniejsze elementy fabuły. Średniowieczne realia wymusiły kilka zmian, a autorzy poradzili sobie z nimi z humorem. Zresztą jak się nie uśmiechnąć widząc konsternację na twarzach mieszkańców Labirynthii, gdy Phoenix wnosi o zbadanie odcisków palców... Zamiast zdjęć miejsca zbrodni mamy ryciny, a narzędziami zbrodni bywają zaklęcia, mamy więc na podorędziu magiczną księgę z informacjami na ich temat. Świeżym rozwiązaniem jest możliwość przesłuchiwania kilku świadków naraz - mamy możliwość obserwowania, jak nawzajem reagują na swoje zeznania i spytania ich w danym momencie o zdanie na temat stanowiska osoby stojącej obok.

Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney

Nie jest tak, że postaci są sztywno przypisane do swoich "rewirów". Laytona zobaczymy na sali sądowej, a Phoenix rozwiąże niejedną zagadkę. Motywy tasują się i mieszają, owocując bardzo zjadliwym misz-maszem. Spaja je zestaw monet-podpowiedzi, które znajdujemy w trakcie eksploracji i możemy użyć zarówno przy zagadkach, jak i rozprawach. Nie przeniesiono tu jednak wszystkich dobrych pomysłów. Przykładowo, możliwość zachowywania stanu gry w dowolnym momencie, tak jak w serii Ace Attorney, niby jest tu obecna, ale zazwyczaj jesteśmy cofani do poprzedniego kluczowego punktu rozprawy. Trochę dziwne. Zabrakło mi też motywacji do rozwiązywania zagadek pobocznych i minigier, z których słynął Professor Layton.

Każda zagadka ma swoje rozwiązanie Podoba mi się to, jak zagadki i rozprawy wpleciono w jedną linię fabularną. W grach z serii Ace Attorney jest sztywny podział na sprawy, nawet jeśli są ze sobą powiązane. Tutaj związek przyczynowo-skutkowy jest obecny cały czas, ale tak na dobrą sprawę jesteśmy zaskakiwani tym, co dzieje się na ekranie - bo nie wiemy, czy scena, której jesteśmy świadkiem, będzie zaraz przedmiotem rozprawy, czy może jednak wciąż będziemy zwiedzać miasto rozwiązując łamigłówki. Element zaskoczenia i nieprzewidywalności wyszedł grze na dobre.

Professor Layton vs. Phoenix Wright: Ace Attorney

Dobrze się natomiast stało, że epizody na sali rozpraw trwają dłużej niż nieco jałowa eksploracja. Choć trzeba mieć na uwadze, że PLvsPWAA to gra, w której głównie się czyta. Zwłaszcza pod koniec, gdy z rozdziawioną szczęką obserwuje się, w którą stronę zmierzają scenarzyści. A wszystko to pod koniec 25 godzin sympatycznej, przykuwającej do 3DS-a przygody.

Choć w tytule Layton stoi na pierwszym miejscu, gra jest skierowana przede wszystkim do fanów Phoenixa. To jego "część" jest świeższa, bardziej odkrywcza i angażująca. Dla łamigłówkowych weteranów pakiet zagadek nie wyda się szczególnie atrakcyjny. Niemniej przenikanie się obu serii, mrugnięcia okiem do fanów i sam fakt, że bystry profesor i szczery prawnik działają ramię w ramię, zaowocowały udaną grą.

PS Po pokonaniu przygody na gracza czekają krótkie, ściągane z sieci epizody pokazujące późniejsze wydarzenia. W tej chwili dostępne są 2, docelowo ma być 12. Przyjemny dodatek.

Marcin Kosman

Platformy: 3DS Producent: Level-5/Capcom Wydawca: Level-5 Dystrybutor: ConQuest Data premiery: 28.03.2014 PEGI: 12

Grę do recenzji udostępnił dystrybutor. Screeny pochodzą od wydawcy.

326833167054100522
Źródło artykułu:Polygamia.pl
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)