Porzucone królestwo, tęsknota za matką i wcale nie taki zły Żniwiarz - moje top 10 poprzedniej generacji [wybiera Karol Kała]

Porzucone królestwo, tęsknota za matką i wcale nie taki zły Żniwiarz - moje top 10 poprzedniej generacji [wybiera Karol Kała]28.12.2014 16:20
Porzucone królestwo, tęsknota za matką i wcale nie taki zły Żniwiarz - moje top 10 poprzedniej generacji [wybiera Karol Kała]
marcindmjqtx

Zestawienie trudne. Trudne, acz szczere. Bo w grach nie chodzi mi o grafikę, czy warsztat. A o co chodzi?

Na wstępie, aby uniknąć pytań typu „kto to Karol Kała?” - na Polygamii udzielam się od maja tego roku. Na łamach portalu przeczytacie kilka moich recenzji i sporo mniejszych lub większych tekstów. To chyba tyle ;)

Gry komputerowe mimo woli dzielę na dwa rodzaje. Oto mamy produkcje z olbrzymim budżetem, które prócz oczekiwań graczy muszą spełniać (przede wszystkim) oczekiwania udziałowców, po prostu czysty biznes. Mamy też gry, które prócz budżetu, oczekiwań z góry, tworzone są przez ludzi z ogromnym talentem i pasją. I tę pasję widać. Widać nie tylko w scenariuszu, dialogach, doskonałej rozgrywce. Widać ją w detalach, w każdej, nawet krótkiej scenie. W każdym opisie przedmiotu, czy pejzażu, który swoim pięknem zatrzymuje nas w podróży.

W poprzedniej generacji nieco brakowało mi tego typu produkcji. Co nie znaczy, że nie bawiłem się dobrze. Wręcz przeciwnie - spora część budżetowych molochów przyniosła mi masę przyjemności.

Z góry zaznaczę, że wymieniam produkcje nie najlepsze pod względem technicznym, a takie, które wzbudziły we mnie najwięcej emocji. Różnego rodzaju, często skrajnych. Zapraszam więc do przyjemnej, mam nadzieję, lektury.

Z wyjątkiem pierwszych trzech miejsc kolejność jest przypadkowa.

Ni No Kuni

Studio Ghibli znane jest z mistrzowskiej gry na wspomnieniach, prostych uczuciach i sytuacjach, które spotykają każdego z nas. Delikatna, absolutnie baśniowa kreska, zwyczajne postaci w magicznym, pełnym mniej zwyczajnych stworów świecie. Dołóżmy do tego geniusz twórców z Level 5 i otrzymamy jeden z najwspanialszych jrpg w historii. Od czasu Shadow of the Colossus i Okami, żadna gra nie poruszyła mnie tak mocno.

Oliver, główny bohater gry nie tylko przypominał mi mojego młodszego brata, ale urzekł mnie przede wszystkim swoją dziecięcą naiwnością, prostą kreacją i ogromnym sercem. Oto mały chłopiec, który dopiero co stracił matkę, otrzymuje szansę na ucieczkę od swoich zmartwień, uratowania mamy i odbycia niezapomnianej przygody. Mimo że Oliver stracił wszystko, z zapałem przywraca skradzione emocje i uczucia innych ludzi. A ja przez całą naszą podróż błagałem twórców, aby nowy świat tego małego chłopca w drobnej pelerynce nie okazał się jedynie jego snem.

Ni No Kuni ma w sobie wszystko - ciekawy system walki, fantastyczny, baśniowy świat, łapiącą za serce fabułę, doskonałe postacie drugoplanowe i przede wszystkim genialnego protagonistę. To gra, do której wrócę nie raz. Gra, która daje do myślenia, pozwala zapomnieć o trudach, zanurzyć się wraz z Oliverem w jego podróż i wraz z nim cieszyć się z najmniejszego sukcesu. Studio Ghibli wraz z Level 5 dostarczyli nam grę niezapomnianą, pokazując nam, jak ważne są w grach nawet najprostsze wartości. Zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji, w jaką kiedykolwiek dane mi było zagrać.

Dark Souls

Ze skrajności w skrajność. Ni No Kuni rozczulało, a Dark Souls nauczyło mnie przekleństw, o których nie miałem pojęcia. Ale pad był cały, serio.

Nie będę rozpisywał się o tym, jak doskonały jest to tytuł, ile razy umierałem, bluźniłem, triumfowałem. Nie napiszę też ile godzin spędziłem nad grą, do jakiej perfekcji doprowadziłem swojego ninja (który ewoluował w samuraja) i jak bardzo nie fair byli pikachu i snorlax (Ornstein i Smough). Napiszę za co Dark Souls pokochałem. Za jedną, jakże prostą sprawę.

Tajemnicę.

Mając 7 lat dostałem na komunię Game Boy Pocket wraz z kilkoma grami, w tym Zelda: Link's Awakening w języku naszych zachodnich sąsiadów. Nie rozumiałem nic, zarówno z gry jak i dialogów. Snułem się po lasach i wioseczkach, przypadkowo odkrywając nowe tereny, jaskinie i lochy. Po jakimś czasie nauczyłem się korzystać ze słownika i z pomocą siostry i starszego kolegi udało mi się ukończyć grę. Ale - w wieku 7 lat w mojej głowie narodziło się tyle pytań, tyle teorii i taka chęć odkrycia wszystkiego, że nad poszukiwaniem tajemnic Link's Awakening spędziłem jeszcze kilka kolejnych lat, póki nie odkryłem internetu (nie żartuję).

Podobnie jest z Dark Souls. Tak jak Marcin, nie zaglądałem do internetu. Kiedy wydawało mi się, że widziałem już wszystko - pojawiła się zagadka naszyjnika, niesławny „pendant”. Strollowany przez twórców używałem go na ołtarzach, pod drzewami, szukałem wnęk i luk. Chciałem uratować Sif'a, znaleźć ukryte komnaty Sen's Fortress, przebyć nieprzebyte, odnaleźć nieodnalezione. Wrażeń było mnóstwo. W ostateczności internet wygrał, sprawdziłem swoje wątpliwości.. Świetność tej produkcji to nie tylko jej mroczny klimat i prosty, a zarazem mocno techniczny system walki. TO przede wszystkim masochistyczna wręcz przyjemność z eksploracji i odkrywania. I umierania. A pendant coś w sobie kryje, mówię wam.

Castlevania: Lords Of Shadow

Jako zagorzały fan Castlevanii podchodziłem do tego tytułu raczej sceptycznie. Jednak nie zawiodłem się ani trochę. Kojima i nuta zachodniej szkoły tworzenia gier wyszły tej produkcji na dobre.

Lords Of Shadow cenię sobie głównie za fenomenalne lokacje, doskonale wykreowany świat i opowiedzianą historię. Mimo że w dalszym ciągu nie do końca rozumiem linię rodową Belmontów (Leon, czy Gabriel?), to wrażeń i zabawy z „nową” Casltevanią miałem masę. Świetne potyczki z bossami, piękne pejzaże, Baba Yaga i jej pozytywka z doskonałym, nostalgicznym motywem przewodnim i Gabriel - postać tragiczna, której autentycznie współczułem. Gra była pełna akcji, przygód i rewelacyjnej narracji. Moim zdaniem bardziej przygodówka, niż slasher. Szkoda, że część druga tak bardzo zawiodła. A przy trailerze był takie ciarki...

Darksiders 2

Jedna z dwóch niedocenionych gier na mojej liście. Darksiders 2 łączyło w sobie wszystko to, co uwielbiam w grach - przygodę, zasyp przedmiotów, dynamiczną walkę i wspaniałe, ciekawe zagadki w pięknie przedstawionym świecie.

Śmierć ze swoim ochrypłym głosem, potężną posturą i maską mordercy wyglądał na kawał drania. W istocie okazał się całkiem przyjemnym facetem, który z miłą chęcią pomoże w potrzebie, a dla ludzkości... No właśnie. To zostawię dla tych, którzy jeszcze nie grali (a powinni).

Darksiders 2 to mieszanka Zeldy, Casltevanii, Diablo i DMC. Z przyjemnością odkrywałem nowe tereny, ubierałem swojego bohatera w coraz to potężniejszy oręż i tłukłem ogromnych bossów. Wszystko to przy akompaniamencie świetnej muzyki, przyjemnej dla oka grafiki i doskonałego systemu walki. Szkoda, że kontynuacja serii stoi pod znakiem zapytania.

Kingdoms Of Amalur: Reckoning

Kupiłem w dniu premiery. Ominąłem recenzje i narzekania - po prostu pobiegłem do sklepu i kupiłem. Teraz wiemy, że gra nie dostarczyła tego, co miała dostarczyć. Czy żałowałem wydanych pieniędzy? Ani grosza.

Amalur był hucznie promowany nazwiskiem Salvatore, ogromnym światem i innowacyjnym rozwojem postaci. W rezultacie gra przyjęła się średnio a odpowiedzialne za nią studio upadło. Nie zmienia to faktu, że do Kingdoms Of Amalur wracam do tej pory, za każdym razem innym bohaterem. Gra, która wygląda jak World of Warcraft dla jednego gracza urzekła mnie wspomnianym już rozwojem postaci, absolutnie genialnym systemem walki i mocno baśniowym światem przedstawionym. Mimo że mapa wcale nie była tak obszerna, zadania poboczne wiały nudą, a najpotężniejsze przedmioty bladły przy tym, co mogliśmy stworzyć za pomocą profesji, to Amalur dostarczył mi mnóstwo zabawy. Gildie, gros sposobów szlachtowania, ciekawe klasy i świat. Gra miała olbrzymi potencjał, który zmarnowano ze względu na budżet i czas. Wielka, wielka szkoda. W każdym razie, polecam każdemu, chociażby po to, aby porzucać czakramami, lub stworzyć maga z ogromnym, dwuręcznym mieczem, który wspomaga się w bitwie mocą żywiołów.

Bioshock 1 i 2

Rapture. Jakże symboliczne miasto z upadłym społeczeństwem. Dno oceanu, spaczeni, struci mieszkańcy i Ty - rozbitek, który jakimś cudem musi się z tego piekła wydostać.

Prócz świetnej rozgrywki, ciekawych umiejętności i broni, Bioshock zapewnił sobie miejsce na mojej liście głównie dzięki klimatowi. To jedna z tych gier, w których obserwując oddalone, skryte w meandrach oceanu budynki coś mnie ciągnie, aby tam dotrzeć. Aby sprawdzić, co się tam wydarzyło. Chciałem zwiedzić całe Rapture, każdy jego zakamarek. Obejrzeć każdy neon, niegdyś pełną przepychu salę. Ujrzeć na własne oczy pełnię upadku tego miasta, zbutwiałe meble, ześwirowanych mieszkańców i tajemnicę nieszczęsnego napoju. Z jednej strony ciągnęło mnie na powierzchnię, chciałem uciec, mieć święty spokój nie oglądając się co chwilę za siebie. Z drugiej zaś, Rapture trzymało. Trzymało mocno, bezlitośnie prosząc... Would you kindly stay? Więc zostałem. I jeżeli ktoś z Was jeszcze nie miał okazji zwiedzić tego ubranego w barwy miedzi i szmaragdu miejsca, to koniecznie musi to nadrobić.

Metal Gear Solid 4

Z MGS 4 jest jak z ostatnim papierosem. Palimy go długo, ciesząc się tą chwilą, nie chcąc aby się skończył. Z tym, że papieros powoli nas zabija. Zabija też Snake'a.

W tej grze autentycznie czujemy, że nasz bohater długo nie pociągnie. Bez kombinezonu i ogromnego wsparcia technicznego byłoby po nas. Metal Gear Solid 4 to nie tylko opus magnum Kojimy. To przede wszystkim ukłon w stronę graczy. Legendarne wręcz pojedynki z bossami, powrót arcywroga. I Snake. Stary, zmęczony Snake na jego ostatniej misji. Były momenty, że w głowie pytałem „facet, po co się tak forsujesz..”, szczególnie słysząc ciężki oddech i chropowaty głos naszego protagonisty. Niezapomniana scena w korytarzu z mikrofalami i ostateczna potyczka na dachu statku zapadły mi w pamięć najbardziej. Po skończeniu tej gry czułem, że coś się dopełniło. Niespecjalnie oczekiwałem kolejnej części. Dla mnie historia została już opowiedziana.

Co nie znaczy, że narzekam. Kojima - twórz MGS do bólu!

Ninja Gaiden 2

Żadna gra nie dostarczyła mi tyle przyjemności ze szlachtowania, cięcia, rąbania i miażdżenia „tych złych”. W Ninja Gaiden 2 czuliśmy każde cięcie ostrza, każde głuche uderzenie tonfy. System walki w tej grze jest do tej pory niedościgniony. Wyśrubowany poziom trudności i świetne potyczki z bossami dostarczyły chwil wyjątkowych, mimo tak prostej formy. Może i jest to zwykły slasher z głupią fabułą, ale w postać Ryu Hayabusy autentycznie się wczuwałem. Wystarczy wspomnieć, że każdego bossa, czy większego przeciwnika pokonywałem honorowo, jedynym słusznym sposobem - piekielnie szybkim i precyzyjnym Dragon Swordem. Dziedzictwo klanu Hayabusa wydawało mi się najwłaściwszym narzędziem mordu na demonach.

Gra jest trudna, ale sprawiedliwa. Zabij, lub zgiń. Zarówno my, jak i nasi przeciwnicy zadają ogromne obrażenia. Dlatego liczył się refleks i spryt. Często o wygranej decydowało kilka cięć. Niczym w prawdziwych pojedynkach feudalnej Japonii (no, dobra - tam potyczki kończyły się po jednym cięciu).

Do Ninja Gaiden 2 wracam często. Bliźniacze Archfiend i Dragon Sword do tej pory dostarczają mi sadystycznej wręcz zabawy.

Final Fantasy XIII

Ja wiem - najgorsza część serii, korytarz, korytarz, korytarz, afro, korytarz. Nic nie poradzę, że FF XIII czymś mnie ujęło.

Najgorsze, że ciężko mi sprecyzować, czym. Może to fajnie rozwiązany system walki, może przyjemna dla oka grafika, a może intrygująca postać głównej bohaterki. Autentycznie nie mam pojęcia. Grałem z zapartym tchem, rozwijałem oręż i umiejętności, starałem się identyfikować z postaciami pobocznymi (które dla wielu są mdłe). Cieszyłem się z dość obszernego jak na dzisiejsze czasy end-game'u i chłonąłem każdy segment tego świata. Tajemnicza Lightning wzbudzała moją ciekawość, a powrót absurdalnych ataków summonów wywoływał uśmiech.

Być może w Final Fantasy XIII kryje się jakiś ładunek nostalgii, niespełnionych obietnic i wątpliwych rozwiązań, które paradoksalnie do tej produkcji przyciągają. To jedna z tych gier, której nie mogę polecić z czystym sumieniem, a której nie zapomnę.

Diablo 3

Na łamach Polygamii wielokrotnie wspominałem już o paradoksie tej gry, jak i samego Blizzarda. Oszczędzę więc sobie kolejnego wywodu. Opowiem natomiast, dlaczego Diablo 3 dotruchtało do mojej dziesiątki.

Uległem zapowiedziom i emocjom. Kupiłem, wziąłem urlop i grałem. Wyżynałem, nabijałem, przebijałem strzałami i zgrabnie unikałem ataków swoim Łowcą Demonów. Żałowałem Caina. Głównie dlatego, że nie usłyszę już tego dubbingu. Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że Diablo 3 jest niegrywalne. Odłożyłem na półkę i wróciłem przy okazji dodatku.

Całe szczęście. Reaper of Souls ożywił tę produkcję. Wróciły chęci i przyjemność z rozwałki i polowania na przedmioty. Stworzyłem nowe postaci, aby spróbować innych rozwiązań i zestawień. I znowu biłem, zarażałem, ćwiartowałem, łupiłem i triumfowałem. I za żadne skarby nie chciałem dopuścić do siebie myśli - „no dobra, mam już wszystkie zestawy, co teraz?”. Ale Blizzard dostarczył. Pojawiły się laddery, nowe przedmioty i tryby rozgrywki. Diablo 3 stało się grą, którą powinno być już w dzień premiery. Jestem w stanie im to wybaczyć. Ale też do czasu.

Podsumowanie

Na uwagę zasługuje jeszcze masa gier z konsol przenośnych. Layton, Zeldy, Dragon Quest, Pokemony. Nie starczy jednak miejsca, aby wypisać wszystko. Sobie i Wam życzę, aby obecna generacja przyniosła nam kolejne niezapomniane tytuły, więcej japońskiej ręki i wyobraźni, mniej błędów i skoków na kasę. Do przeczytania!

Karol Kała

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)