Podczas gorączki złota w Klondike brakowało psów. "Krypto" gorączka zabiera nam karty graficzne

Strona głównaPodczas gorączki złota w Klondike brakowało psów. "Krypto" gorączka zabiera nam karty graficzne
20.07.2017 15:46
Podczas gorączki złota w Klondike brakowało psów. "Krypto" gorączka zabiera nam karty graficzne
Bartosz Stodolny
Bartosz Stodolny

Wydobywanie kryptowaluty przyczyniło się nie tylko do braków magazynowych u obu producentów, ale wywindowało też ceny kart graficznych.

bEClpRnp

Słowo kryptowaluta może być negatywnie nacechowane, szczególnie dla osób niewiedzących, czym tak naprawdę jest. Już sam przedrostek „krypto-” sugeruje coś o niejawnym charakterze, co przecież dla wielu kojarzy się jednoznacznie. To błąd, bo nazwa wzięła się z kryptografii, a tego typu waluty są legalne w większości krajów.Sama idea kryptowaluty nie jest, wbrew pozorom, tak młoda. Jej zarys stworzył pod nazwą „b-coin” niejaki Wei Dai w 1998 roku. W tym samym roku Nick Szabo opracował mechanizm zdecentralizowanej waluty cyfrowej, którą nazwał „bit gold”. I choć „cyfrowe złoto” nigdy nie weszło do obiegu, stało się podwaliną do powstania innych kryptowalut. W tym najpopularniejszej – bitcoin.Bitcoin stworzył w październiku 2008 roku człowiek (lub ludzie) skrywający się pod pseudonimem Satoshi Nakamoto. Opublikował on na metzdowd.com, grupie mailowej zajmującej się kryptografią, opracowanie „Bitcoin: A Peer-to-Peer Electronic Cash System", w którym szczegółowo opisał zasady i mechanizmy działania swojej kryptowaluty. 3 stycznia 2009 roku powstał tak zwany „blockchain” i wraz z nim pierwszy blok – „genesis”. 9 stycznia ruszyła pierwsza wersja klienta bitcoin oznaczona numerem 0.1. Trzy dni później w sieci bitcoin odbyła się pierwsza transakcja.Dlaczego w ogóle bitcoin powstał? Odpowiedź zawarta jest we wspomnianym już opracowaniu Nakamoto – by wyeliminować pośredników, obniżyć koszty transakcji i zminimalizować ryzyko oszustwa czy konieczność długotrwałych mediacji w przypadku kwestii spornych. Innymi słowy chodzi o stworzenie systemu opartego nie na zaufaniu wynikającym z nadzoru instytucji finansowych, a na kryptografii, niepraktycznym wycofywaniu transakcji – co zabezpiecza sprzedającego – oraz systemie depozytów, co z kolei zapewnia bezpieczeństwo kupującemu. Dodatkowo wyeliminowanie pośredników oznacza mniej danych osobowych ściąganych od korzystających z systemu transakcyjnego, zatem mniejsze ryzyko ich wycieku i w efekcie – większe bezpieczeństwo wszystkich.Pomysł „zażarł” i bitcoin z miesiąca na miesiąc stawał się coraz bardziej popularny. Do tego stopnia, że w końcu zaczęto używać go jako waluty w zakupach internetowych, a pierwsza transakcja tego typu miała miejsce 22 maja 2010 roku, kiedy to ktoś zamówił pizzę za 10 tysięcy bitcoinów. Gdyby ktoś dysponował taką kwotą dziś, mógłby przestać martwić się o przyszłość (1 bitcoin to niecałe 8600 złotych), wtedy jednak kurs był zgoła inny i wynosił zaledwie kilka centów. Rósł jednak stabilnie i w lutym 2011 roku jeden bitcoin był już wart jednego dolara. Niecałe pół roku później, 2 czerwca 2011 roku, było to już 10 dolarów, a w listopadzie 2013 roku kurs osiągnął 1000 dolarów.Jak powstają nowe bitcoiny?

W przypadku "twardej" waluty proces jej powstawania jest prosty. Dane państwo po prostu dodrukowuje pieniądze i wpuszcza je w obieg. Bitcoin, czy kryptowaluta w ogóle, nie ma fizycznej formy, zatem tutaj wygląda to zgoła inaczej.

Za generowanie bitcoinów odpowiadają bloki, które przechowują też informacje o transakcjach. Aby odkryć - albo też "rozbić" - blok trzeba rozwiązać skomplikowane zadanie matematyczne. Osoba, której się to uda, otrzymuje określoną nagrodę w bitcoinie. Jest to też pierwsza transakcja zapisana w danym bloku. W ten sposób kolejne "pieniądze" trafiają do obiegu.Skoro dziś jeden bitcoin wart jest tyle pieniędzy, dlaczego wszyscy nie rzuciliśmy jeszcze pracy, by zająć się „wydobywaniem” wirtualnej waluty? Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka wcale nie jest to takie trudne – wystarczy komputer podłączony do Internetu.Okazuje się, że wcale tak prosto nie jest i większość użytkowników korzysta z kryptowaluty pasywnie, czyli kupuje ją za prawdziwe pieniądze na giełdach, traktując bitcoina czy to jako środek płatniczy w Sieci, czy jako formę inwestycji. Jest jednak stosunkowo niewielka grupa ludzi, która dysponuje sprzętem zdolnym „wydobywać” bitcoiny.

bEClpRnr

Komputery „górników” rozwiązują problemy kryptograficzne bazujące na funkcji skrótu SHA-256. Kiedy zadanie zostanie rozwiązane i zweryfikowane przez większość (bitcoin operuje na demokratycznych zasadach – wszystko musi zatwierdzić większość użytkowników), blok zostaje „rozbity”, a „górnik” otrzymuje nagrodę w wysokości 12,5 bitcoinów oraz małą prowizję od transakcji dokonanych w tym bloku. Trzeba jednak pamiętać, że nagroda ta zmniejsza się o połowę co 210 tysięcy bloków, albo co około cztery lata.Tyle teorii. Poziom trudności kolejnych zadań rośnie co 2016 bloków (odkrycie jednego bloku zajmuje około 10 minut), co jest wyliczone tak, by kolejnych 2016 bloków powstawało w dwa tygodnie. Jeśli zadania będą rozwiązywane szybciej, czyli po prostu przybędzie mocy obliczeniowej, poziom zostanie odpowiednio dopasowany, by utrzymać termin dwóch tygodni. Wszystko dlatego, że ilość bitcoinów jest ograniczona do 21 milionów, więc trzeba odpowiednio zabezpieczyć sieć, by „górnicy” nie wydobyli ich za szybko.Zatem czy „wydobywanie” bitcoina jest opłacalne? Odpowiedź nie jest tutaj jednoznaczna i trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników jak koszt sprzętu, zużycie prądu, rosnący poziom trudności i malejące nagrody za „rozbicie” bloku. W sieci są nawet specjalne kalkulatory umożliwiające oszacowanie, czy praca „górnika” ma sens. Trzeba też pamiętać, że nad jednym blokiem pracuje wiele osób i warto znaleźć sobie grupę do wspólnej pracy. Kariera solo daje niemal zerowe szanse na zdobycie jakichkolwiek monet.Przy obecnym poziomie trudności, zarobienie jakichkolwiek pieniędzy na „wydobyciu” przy użyciu CPU jest niemożliwe, a rozwiązanie zadania zajęłoby nawet mocnej jednostce kilkaset tysięcy lat. Warto dodać, że nawet po tym czasie „górnik” nie miałby 100-procentowej pewności na wydobycie bloku. Dlatego w 2010 roku do pracy zaprzęgnięto karty graficzne. Czemu? Prosta odpowiedź brzmi: procesory graficzne lepiej sprawdzają się w wykonywaniu jednej czynności, podczas gdy jednostki centralne muszą dzielić swoją moc na różne elementy funkcjonowania systemu.

Wynika to z faktu, że do obliczeń związanych z odkrywaniem bloków wykorzystywane są jednostki logiczno-arytmetyczne (ALU), czyli części procesora odpowiedzialne za wykonywanie prostych operacji na liczbach całkowitych. Jeden rdzeń CPU może w ten sposób wykonać cztery 32-bitowe instrukcje (przy wykorzystaniu 128-bitowego SSE) lub osiem przy 256 bitach AVX w jednym cyklu zegara. W tym samym czasie Radeon HD 5970 wykona 3200 takich instrukcji wykorzystując swoje shadery, czyli właśnie jednostki ALU. Prosta matematyka mówi zatem, że nawet przy dzisiejszych 16-rdzeniowych procesorach Intela, wykorzystanie kilkuletniej karty graficznej ma większy sens.Tylko czy na pewno? Policzmy. Załóżmy, że wykorzystamy wspomnianego już Radeona 5970, którego kupimy na Allegro za 289 złotych. Z tej strony spisujemy jego specyfikację "wydobywczą" i potrzebujemy jeszcze kosztu kilowatogodziny w Polsce, który wynosi 55 groszy (wartość uśredniona). Przeliczamy to wszystko na dolary i wychodzi, że nie tylko nic nie zarobimy, ale też nie wyjdziemy nawet na zero. I to nawet zakładając, że karta nie będzie pobierała maksymalnej ilości prądu. Mało tego, okazuje się, że zaprzęgnięcie do pracy GTX-a 1080Ti też nie przyniesie zysku. Przynajmniej nie w przypadku bitcoina.Dlatego osoby myślące dziś poważnie o „wydobywaniu” bitcoina kupują tak zwane ASIC – Application Specific Integrated Circuit, układy scalone zaprojektowane do pełnienia jednej, ściśle określonej funkcji. ASIC-i kosztują od około stu do kilku tysięcy dolarów. Przykładowo jeden z mocniejszych na rynku, Antminer S9, to wydatek około 2200 – 2500 dolarów na Amazonie i zacznie się zwracać dopiero po kilkunastu miesiącach od zakupu.Wiemy już, że „wydobywanie” bitcoina z pomocą kart graficznych nie ma większego sensu, jednak są inne kryptowaluty, jak ethereum i zcash, które są odporne na ASIC-i. Za to świetnie „kopie się” je używając GPU; tutaj pojawia się problem, jaki „górnicy” stwarzają dla graczy.W czerwcu tego roku kurs ethereum najpierw skoczył do 300 dolarów, by chwilę później osiągnąć wartość 400 dolarów, co było rekordem dla tej kryptowaluty. To spowodowało zwiększone zapotrzebowanie na „koparki”, bo każdy chciał się załapać na łatwy zysk. Tym bardziej, że takiego ethereum można używać do kupowania dużo droższego bitcoina. Normalnie nie byłoby w tym nic złego, a producenci sprzętu cieszyliby się z dodatkowej sprzedaży, jednak w tym konkretnym przypadku „gorączka złota” przyłapała ich zupełnie nieprzygotowanych.W sklepach zaczęło brakować mocnych grafik, tak poszukiwanych przez graczy, a każda dostawa była rozchwytywana w ciągu kilku godzin. W samej tylko Rosji ludzie potrafili kupować po kilkaset egzemplarzy, żeby zaprząc je do pracy. Jak zareagował na to rynek? Dokładnie tak, jak można było się spodziewać - koszty sprzętu poszły w górę o kilkadziesiąt procent. We wspomnianej już Rosji było to dla przykładu 80%. GTX 1060, którego normalna cena oscylowała wokół 200 - 250 dolarów w zależności od wersji i producenta, nagle kosztowała niemal 300 i to za najtańszy, 6-gigabajtowy model. GTX 1070 podchodził pod 500 dolarów, jednak najbardziej odczuli to klienci AMD. Otóż okazuje się, że „czerwone” grafiki lepiej sprawdzają się przy „wydobyciu” niż te od Nvidii, a jednocześnie są tańsze.Weźmy takiego Radeona RX 480, którego sugerowana cena detaliczna w dniu ogłoszenia wynosiła 199 dolarów. Jeszcze miesiąc temu amerykańskie sklepy internetowe sprzedawały je nawet za 640 dolarów. Podobnie sprawa wyglądała z nowszymi kartami RX 580 i 570. Modele, których SRP wynosiło odpowiednio 229 i 169 dolarów nagle podrożały do 600 i więcej. A ludzie ciągle je kupowali.Jak boleśnie przekonali się akcjonariusze CI Games - nic nie trwa wiecznie. Podczas gdy bitcoin stabilnie rośnie od lat, tak po początkowych wzrostach kurs ethereum zaczął pikować. Nagle z 400 dolarów zrobiło się nieco ponad sto, a obecnie cena za jedną monetę wynosi około 240 dolarów. Powód takiego stanu rzeczy jest prosty. W przypadku ethereum mają zastosowanie te same zasady, co w bitcoinie - im więcej osób „kopie”, tym wyższy poziom trudności kolejnych „bloków”. Innymi słowy: nagle okazało się, że stopa zwrotu nie jest już tak korzystna, jak jeszcze przed miesiącem.Jednak tragedia „górników” okazała się korzyścią dla graczy. Rynek zalała fala używanych (i mocnych) kart graficznych w sensownych cenach w związku z faktem, że ich dotychczasowi użytkownicy chcieli odrobić przynajmniej część strat. Mało tego, ceny nieużywanych modeli też zaczęły spadać, choć ponad 300 dolców za 8-gigabajtowego RX-a 580 to nadal spora przesada.Pytanie też, jak długo obecny stan rzeczy się utrzyma, bo mimo spadków ethereum powoli odrabia straty. Do poziomu z „boomu” jeszcze daleko, ale w przypadku kryptowalut strasznie trudno przewidzieć jakiekolwiek zachowania. Równie dobrze jutro możemy obudzić się z kursem 500 dolarów. I kolejnymi problemami z dostępnością i cenami kart graficznych.Wiecie, czego brakowało najbardziej podczas gorączki złota w Klondike? Wbrew pozorom nie drewna służącego do ogrzewania gruntu, w efekcie czego dało się w nim kopać. Sprzętu wydobywczego też było pod dostatkiem, podobnie jak siły roboczej.Najtrudniej było z psami, które zaprzęgnięte do sań stawały się najefektywniejszym środkiem transportu ludzi i wydobytego złota.W przypadku dzisiejszej gorączki, w której złoto zastąpiły kryptowaluty, można dostrzec pewną analogię. Każdy chce się wzbogacić, każdy masowo kupuje karty graficzne, które - wydawałoby się - mają bardzo mało wspólnego z "kopaniem" wirtualnych pieniędzy. Wszak służą one do wyświetlania, jak sama nazwa wskazuje, grafiki. Teraz pytanie, czy producenci sprzętu nadążą za zapotrzebowaniem? A może lepiej podzielić tę branżę i zacząć tworzyć wyspecjalizowane modele?Tak naprawdę już się to dzieje, bo zarówno AMD, jak i Nvidia zamierzają wprowadzić karty przeznaczone tylko do "miningu". Z lepszym, wytrzymalszym i odpornym na kurz chłodzeniem oraz pozbawione elementów typowych dla growych modeli, jak gniazd HDMI czy DVI. Według zapewnień producentów mają one mieć większą wydajność przy "wydobyciu" w porównaniu z odpowiednikami dedykowanymi graczom. Zatem całkiem możliwe, że niebawem sytuacja się ustabilizuje.

bEClpRon