Więc załóżmy, że chcę przeżyć przygodę w sposób jak najbardziej osobisty, oklepane słowo imersja wybija się na pierwszy plan, protagonista ma być mną, mam czuć, że mnie obchodzi jego dobro tak, jak obchodzi mnie dobro mnie samej. Jeśli grę traktować jak książkę, to wtedy mamy ten sam problem, co w większości powieści przygodowych (czy to fantasy, czy science-fiction) - główni bohaterowie często są everymenami, bo z takimi łatwiej się utożsamić. Wiecie, na zasadzie - to taki gość jak ty czy ja, ani zbyt przystojny, ani jakoś specjalnie szpetny, średniego wzrostu, średniej postury, taki jakby szatyn, oczy niby niebieskie, ale w sumie jak spojrzeć pod odpowiednim kątem, bo może nawet bursztynowe. Ma pospolita pracę, szuka dziewczyny, czasami popije piwo z kumplem (koniecznie kumplem wyjątkowo barwnym, żeby na jego tle tym bardziej wyraźna była szaro-burość protagonisty). I nagle ten oto zwykły człowieczek zostaje wrzucony w sam środek niezwykłych wydarzeń i odkrywa w sobie moc/potencjał/nieuświadomione pokłady inteligencji/cokolwiek, czego od tej pory zazdroszczą mu inni. To taki oklepany schemat, w którym sierota przygarnięta przez drwala okazuje się zbawcą magicznej krainy, który jako jedyny może władać jakimś tam prastarym mieczem.